środa, 18 stycznia 2017

Nuda





Oślepiający błysk światła przedarł gęstą ciemność na wzór błyskawicy prującej zygzakiem wzdłuż chmuropodobnej formy oblepiającej nieckowatą kopułę nieba. Białe żurawie wznoszące się ku wieczności rozmyły się, a zamiast nich Kimiko ujrzała przed sobą perfekcyjnie zaścieloną kołdrę otulającą ją aż po szyję, wyżej zaś, z baldachimu, spływały zasłony wyszyte w symbole płodności.
Zamrugała dwukrotnie, rejestrując na języku znajomy smak wiśni. W uszach szumiało dochodzące z krainy snów nawoływanie: „powinnaś…!”.
– Chase! – wrzasnęła w szarość świtu, podrywając się do pozycji siedzącej.
Kołdra zsunęła się z obnażonych piersi dziewczyny rozglądającej się wkoło jak zwierzyna zagnana w pułapkę. Napędzane upiornym obłędem ręce wszczęły taniec po pościeli, poszukując bliskich wojowniczce kształtów i ciepła, ale nie napotkały niczego oprócz zimnej pustki.
– Przepraszam – wydyszała, panikując.
Bezlitosne kleszcze ściskały serce, kiedy miotała się po łóżku, sunąc po każdym jego centymetrze kwadratowym. Nawiedziło ją wrażenie, że ktoś obserwuje zdjętą grozą cesarzową, rechocząc za szpalerem woalek. Przystanęła na moment, z gorącą krwią uderzającą w skronie wypatrując szyderczych spojrzeń. Czy wydarzenia z wczoraj miały miejsce? Jakim cudem jeszcze żyje? I dlaczego nie ma przy niej Chase’a?
– Tak bardzo żałuję… Gdyby dało się cofnąć czas, nie zawiodłabym cię…
Kumulacja uczuć osiągniętych zeszłej nocy eksplodowała, rozpraszając się i osiadając grubą warstwą pyłu na zmęczony umysł, dopóki dziewczyna nie runęła na poduszki. Oparła czoło i zacisnęła powieki, odpędzając dokuczliwe migotanie sprzed oczu.
– Gdzie jesteś?
Odrętwienie mijało powoli. Łapała powietrze nadal przesiąknięte zapachem potu, paczuli i magnolii. Macki ziemna wiły się po niej, biorąc swój początek w okolicach ziejącego bolesną obrzydliwością brzucha. Pościel znaczyły ślady krwi i spermy.
– Co się stało? – Kolejne pytanie, zero odpowiedzi.
Palcami pogłaskała drobnych plam, próbując zebrać w sensowną całość strzępki wirujących myśli niby człowiek dopiero co wybudzony ze śpiączki. Bez skutku. Poza spermą i krwią zawieszonymi w próżni nieświadomości nie czekało nic realnego, nieoderwanego od rzeczywistości. Świat jawił się wyjałowioną kulą odzwierciedlającą stan ducha Kimiko; ona była identycznie wyjałowiona i martwa – jak pustynia – wyeksplorowana i nic niewarta.
– Gdzie jesteś? – powtórzyła ciszej, żałośniej. – Przepraszam.
Zanurzyła twarz w poduszki. Przysięgłaby, że w jelitach zagnieździły się węże. Brodząc w treści pokarmowej, przesuwały się z metodycznym, wyrafinowanym okrucieństwem, wydając z siebie paskudny syk. Ich ruchy wywoływały przejmujące skurcze. Gady mozolnie pełzły po ściankach żołądku, wspinając przez przełyk aż do gardła. Japonka pozieleniała, jednak resztką woli nie zwymiotowała. Spięła mięśnie, dźwigając się delikatnie.
– Nie…! – nawoływała.
Gwałtownie przeczołgała się po wymiętoszonej pościeli. Dotarła do rzeźbienia przedstawiającego walczących w chmurach smoka i feniksa.
– Nie! – prosiła, choć wiedziała, co zastanie.
Zatopiła rękę aż do łokcia między wezgłowiem a materacem. Szperała po całej rozpiętości łóżka. Im zacieklej błagała los, by odnaleźć wśród marszczeń lodowatą fiolkę, tym bardziej dokuczało przekonanie o daremności tych zabiegów. Zwinęła dłonie w pięści, wbijając paznokcie w skórę. Trucizna zniknęła. Z nosa Kimiko wypłynęły dwie przezroczyste stróżki; perliły się nad górną wargą, by po chwili zniknąć w rozwartych ustach.
– Zabrali ją… ale kto? – Instynkt nie pozostawiał złudzeń: buntownicy nie zbezcześcili swą obecnością sypialni cesarskiej pary. – Chase...
Stoczyła się z na podłogę, szczypiąc się w policzki.
– Zabrał! – zaszlochała gardłem zdławionym łzami. – Simba! Lotos!
Echo krzyków odbiło się po pokoju. Żadnego odzewu. Wznoszące się na tle gór ptaki majaczyły na malowidłach bleknącymi barwami. Roztopiony wosk zastygł w kandelabrach, lichtarzach i na podłodze, wydzielając słodko-mdły zapach.
– Nie ma ich tu. Oczywiście – powiedziała do siebie na wpół przytomnym głosem, zanurzając rozczapierzone palce w burzy czarnych pukli. – Oczywiście…
Spalając resztki sił – niczym nagle rozjaśniająca gwiazda w ostatniej fazie umierania, nim rozpadnie się, wypluwając swą materię w kosmiczną otchłań – podniosła się. Zaczęła zdzierać kołdrę, poduszki, wreszcie pościel. Chwyciła za materac, wyszarpując go z ram szlachetnego kruszcu; pomimo jego rozmiarów mocowała się z nim tylko parę sekund, a kiedy ustąpił – oddzieliwszy puchate wypełnienie od kościstych żeber – zamarła. Instynkt nigdy się nie myli, zawsze prawidłowy w swym bezlitosnym szacunku. Podłoga lśniła czystością.
Wszechogarniająca pustka i bezradność złapały smoka ognia w szpony. W końcu zrozumiała, co naprawdę oznaczały pojęcia: dusząca samotność, nieugaszona tęsknota, absolutna klęska. Siły życiowe ulotniły się w chwili, kiedy balonik podpisany jako „nadzieja” przekuła szpila fatalizmu. Miesiącami nastawiała się na tę chwilę, lecz gdy nadeszła, okazała się czystą abstrakcją, niepodlegającą możliwości przygotowania się na nią.
Garbiąc się nad wybebeszonymi ramami łóżka, przeklęła dzień, w którym zwerbowano ją w szeregi konfraterii. Wyeksponowała zęby w przenikliwym skurczu. Dopiero teraz zauważyła, że po udach ściekało coś gęstego.
– Chase – wymówiła jego imię niemal z rezygnacją. – Ta zdrada, moja zdrada, pogrzebie twoje serce na wieki…
Z przytępionymi zmysłami, jakby znalazła się nagle pod wodą, sięgnęła rozrzucanych różowych szat. Nie dbając o to, czy są wywrócone na prawą stronę, przyoblekła się nimi. Poplątane w nieładzie włosy odgarnęła na plecy. Słaniając się, obrała kierunek. Nim wyszła z pokoju krokiem godnym pijanego, zerknęła na wejście do swoich komnat.
– Simba? Lotos? – powtórzyła pozbawionym wątpliwości głosem. – Ktokolwiek…?
„Na przyszły miesiąc ogłoszono jej ślub z kotem… i rozwód…”
Uświadomiwszy sobie, że osobiście zaplanowała tę intrygę, rzekomo dla dobra pokojówki i małego mutanta, przechyliła się, napierając na drzwi. Przytknięty do ciepłego drewna lodowaty policzek wręcz parzył. Palce wymacały złotą gałkę zdobioną emblematami smoków i feniksów, przekręcając ją.
Korytarze rozświetlały pochodnie. Jak co dzień, zgodnie z wypracowanym w pałacu rytmem. Pomarańczowe światło witało panią domu, wydobywając kontury drżącej sylwetki. W pobliżu nie czekał żaden szambelan, służąca lub kot.
– Boję się. – Maligna podsunęła fantasmagorycznego Chase’a, do którego wojowniczka mogła zgłaszać obawy. – Gdzie jesteś? Co tu się stało?
Majak rozpłynął się, nie wypowiedziawszy ani słowa. Kimiko przetarła oczy, na chwilę przejmując kontrolę nad swymi odruchami.
„Trzeba iść…”
Opierając się o ściany, rozpoczęła najdłuższą w życiu wędrówkę po opuszczonych, chorobliwie czystych i przytłaczających monumentalnością korytarzach oraz galeriach. Wrota stały otworem; ani jedne drzwi nie były zamknięte. Rośliny za szkłem i posągi lwów wyglądały na niezachwiane, nieprzesunięte choćby o milimetr. Marmurowi ludzie na płaskorzeźbach szczerzyli się do niej ograbionymi z emocji półuśmiechami zamarłymi na ustach wyskrobanych wieki temu w lodowatym kamieniu. Otoczenie sprawiało wrażenie niezmienionego, istniało bowiem dalej, ale bez żywej duszy zdolnej wyjść cesarzowej naprzeciw i usługiwać jej. Zniknęły oddziały pokojówek, umilkły apelacje heroldów ogłaszających nadejście Pierwszej Konkubiny, w tym wartownicy śledzący poczynania przechodniów. Zamarły dźwięki, poza odgłosem bosych stóp stawianych niemrawo na posadzce. Zakrzepł wszelki ruch, oprócz bezszelestnego przemieszczania się cienia, to wyłaniającego się, to znów ginącego w lepkim półmroku.
Kostucha czaiła się za kolumnami, węsząc właściwego momentu, by zabrać spowitą w żałobie dziewczynę. Napięcie rozrywało od środka, dokładnie tak jak po morderstwie Hisoki. Opuszczona, niepasująca tu, samotna i niewidoczna niby widmo. Rozglądała się wokół bez potrzeby rozglądania. Świat trwał, wyłączywszy Kimiko ze społeczności jego mieszkańców, skazując ją na bezcelowe błąkanie się po pałacu na wzór ducha tułającego się między wymiarami. Jednak w czyich rękach znajdował się ów świat?
Spieniona masa wody wylewała się ze skarp, spadając do jezior, tocząc się z urodziwą harmonią do basenów, zasilając fontanny. W przechodzącą obok nich Japonkę uderzały chłodne krople, cucąc ją. Codziennie dziwiła się temu surowemu światłu, sączącemu się z lamp umocowanych na wysoko sklepionym suficie imitującym niebo, roztaczającym osobliwie upiorną aurę po sztucznych jeziorkach. W każdym błękitnym odblasku czaiła się groza ustylizowana na pozorną perfekcję i minimalistyczne piękno. Świat utracił barwy, zapachy, echa nadawców rozumianych przez odbiorców, skodyfikowane znaki, systemy, konflikty, namiętności, cnoty oraz wartości – słowem elementy składające się na jego istnienie. Ostała się tylko samotność. I Instynkt szepczący do ucha niczym troskliwy kochanek, że przeznaczenie czeka tuż za rogiem, a konkretnie w sali tronowej.
Zatrzymała się przed schodami. Składając ręce w geście modlitwy, objęła wzrokiem szlachetne proporcje tysiąca stopni. Chłonęła ich doskonałość. Idealne kąty, standardowa wysokość i odpowiadająca jej szerokość, zdawały się odlanymi ze szkła. Do cna wymyte, pyszniące się czystością. Kimiko uniosła stopę, potem drugą i tak powtarzała rytuał, napawając się rozkosznym zimnem, znakomitą gładkością. Wspinaczka nasuwała skojarzenie koronacji, kiedy to szła do swego cesarza, otoczona rzeszą dostojników. Tuż przy niej kroczył Simba. Kochany Simba! Wierny towarzysz, mała pomarańczowa kulka futra tak ochoczo bawiąca się gumową kaczuszką pozbawioną dzioba.
„Mój koteczku, gdzieś mi się zapodział…?’, wołała w duszy. „Pragnę wzlecieć wraz z tobą na białych żurawiach!”
Nieostrożność poskutkowała ugięciem się nóg i obiciem kolan o ostre brzegi. Dziewczyna nie spadła jednak w przepaść, w porę przytrzymała się poręczy. Na skórze prawej dłoni pojawiła się krwawa pręga. Przeklinając plątające się o stopy krzywo zapięte szaty, wytarła dłonie o hanfu, znacząc je czerwonymi smugami. Podźwignęła się z trudem, na czworakach kontynuując podróż. Na tysięcznym stopniu usiadła, zwracając się ku niebieskiej otchłani rozciągającej się przed nią – oazie fałszywego spokoju. Komórkami ciała przeczuwała, że za moment niebo runie na głowę, ponieważ katastrofa wisiała w powietrzu.
– Co się stało? – spytała chrapliwie, nie widząc ani nie słysząc niczego.
Ostatnią rzeczą, którą zapamiętała, to białe żurawie. I hasło: „powinnaś”. Rozpierzchła się wizja niebiańskich ptaków, pozostała jedynie pustka. Pustka przybierała kolor błękitu. Jeśli Kimiko znajdowała się na samej górze niebieskiej krainy, czyż nie znaczyło to, że znalazła się w Niebie?
– Gdzie są wszyscy? – wycedziła, drżąc jak rozkapryszone dziecko żądne natychmiastowej odpowiedzi.
A za plecami czaiło się zło. Nie tyle niewytłumaczalny lęk czy groza koszmarnego snu. Za drzwiami sali tronowej – drzwiami o płaskorzeźbie przedstawiającej gadziego potwora pożerającego ludzi – stało lustro. Prawda. Jeżeli otworzy drzwi, szklana tafla, która odbije postać zdrajczyni, ujawni brzydkie zmazy na duszy: szramy na twarzy; otwarte rany na ciele, jakie nigdy się nie zasklepią; ślady na rękach dotykających trucizny; wydrapane usta kłamcy; przekłute oczy za życia ślepe na przykazania sprawiedliwego życia; krwawiące uszy głuche na przestrogi i napomnienia. Tak, kobieta ślepa i głucha na nauki Chase’a, obłudnie wyznającą miłość, nosząca się z zamiarem zdradzenia, a w swym cynizmie przyjmująca łaski luksusów, jakby należały się jej ot tak, samej nie musząc się starać, by na nie zasłużyć. Przedsionek piekła i mąk straszliwych spisanych w książeczce o żółtej okładce.
Skąpanej w brudzie win szkaradnej istocie przyjdzie zerknąć na śmierdzące, wyprute wnętrzności, aby ujrzeć ropiejące szwy na tłuściutkiej skórze podbrzusza. W macicy – teraz rozciągniętej i nabrzmiałej – zagnieździła się jaszczurka pragnąca urodzić się na nowo, jako istota żyworodna. Ciasny tunel tak łatwo poszerzyć…
Kimiko zapłakała jak potępieniec, kładąc ręce na podołku.
– Dlaczego zasnęłam? – zaszlochała już całkiem obudzona ze ścinającego krew w żyłach transu. – Dlaczego wczoraj zasnęłam…? Przecież miałam mu się przyznać…!
Spojrzała na pręty poręczy. Nabrała ochoty wyrwania ich, jedna po drugiej, a następnie wbicia w dziurkę nosa lub ucho, by przedziurawić mózg albo lepiej wydłubać te dwulicowe, zdradzieckie niebieskie oczy demona. Zhańbiła siebie i swoją rodzinę, a przecież od dziecka wpajano jej, że honor to najwyższa wartość i cnota. Samurajowie rozpłatywali własne trzewia nożami splamionymi krwią ojców, dziadków i pradziadków. Ich żony, córki i siostry szły za nimi, rozcinając sobie tętnice. Rzesze Japończyków oddawało życie za cesarza, pozwalały się rozerwać granatami, rzucały z klifów, wsiadały do spisanych na straty samolotów. Cóż za romantyczna śmierć – sądziła naiwna wówczas Kimiko – iść do grobu za swym mężem, poświęcić życie dla chwały rodziny lub władcy, tymi czynami pokazując zdobywcom środkowy palec.
Lecz nawet na dobrowolne samobójstwo nie umiała się zdobyć, zbyt słaba i tchórzliwa. Pozostało ustawiczne trzęsienie głową, interpretowanie minionego roku celem wskazania błędów, które zaprowadziły ją aż tu – na szczyt tysiąca schodów o szlachetnych proporcjach.
– Ale czy chodzący trup potrzebuje wyciągać wniosków?
Skoro umarła, na długo nim w organizmie faktycznie ustaną czynności życiowe, po co fatygować się refleksjami nie przynoszącymi ani ulgi, ani rozgrzeszenia? To wszak kwestia czasu nim sprawiedliwość upomni się o swoje, skazując zdrajczynię na śmierć, dlaczego więc rozkładać sprawy na czynniki pierwsze, roztrząsać przeszłość, rozdrabniać wydarzenia, zaplątywać się w nie? Rzeczy przedstawiały się tak, jak się przedstawiały i koniec. Po swojemu, nie zależąc od zbyt późnych deliberacji małej zdrajczyni. Analizy nie zmienią pozycji dziewczyny w układzie sił, nikomu też nie pomogą. Przyszłość oceni postępowanie i motywy działań cesarzowej, opatrując jej burzliwą biografię stosownym komentarzem ku przestrodze czytelników. Przeznaczenie czeka w sali tronowej, przypominał Tygrysi Instynkt, a on nigdy się nie mylił. Szkoda tylko, że raczył odzywać się poniewczasie.
„Iść.”
Przesiąknięta zapachem seksu i strachu, w krzywo zapiętej koszuli, ze zmierzwionymi włosami wyprostowała się dumnie – lekceważąc myśl, że już raczej nie zachowa godności – splotła dłonie na wysokości pępka i zwróciła się ku reliefowi z potworem pożerającym ludzi. Dystans zmniejszał się sukcesywnie, a mimo usilnego skupienia kontury obrazów znikały, ziemia odrywała się od stóp, żmije we wnętrznościach syczały.
– Nie boję się bólu – tłumaczyła, mierząc wzrokiem humanoidalną jaszczurką szkliwioną emalią. – Boję się twojego rozczarowania. Boję się spojrzeć ci w oczy…
Wystawiła rękę, aby musnąć kły stwora, a wtem drzwi poruszyły się i z łoskotem rozchyliły do wewnątrz.
– Wasza Wysokość! – Zamachnęły się przed nią dwa umięśnione ramiona. – Tu jesteś, no nareszcie!
Zmarszczyła brwi, odskakując od wojownika.
– Jebak?
– Tak, to ja! – potwierdził, wypinając pierś.
Z nadto przesadnym entuzjazmem podnisół Kimiko i przycisnął do siebie, nie zważając na protesty.
– Chodź, cesarzowo, dostarczę cię bezpiecznie do cesarza – nachylił się dziewczynie nad uchem. – Och, tak, tak, prawdziwe urwanie głowy dziś. Rozumiesz, co mam na myśli, nie? Tyle problemów czeka na rozpatrzenie, a nie wypada przecież rozwiązywać ich bez obecności prawowitej pani tej naszej małej części świata.
W trajkotaniu Jebaka Kimiko odkryła bezsprzeczną intencję zatajenia tego, czego żadną miarą nie dało się zataić. Wiedzieli o tym oboje, a mimo to grali swoje role.
– Wobec tego zabierz mnie do niego – odparła słabo, wzbraniając się przed zajrzeniem za plecy kociego wojownika.
Wtuliła się w opancerzoną rosłą klatę, rozpłaszczając policzek o bark Jebaka. Wszedł z nią do sali tronowej. Japonka wlepiła wzrok w zamykające się za nią wrota. Spojrzała niżej. Stopy mężczyzny zostawiały na posadzce krwawe ślady. Powietrze suto napełniał ciężki zapach metalicznej wilgoci. Natychmiast spięła mięśnie karku, przyciskając przymknięte powieki o obojczyk wojownika. Wczepiała palce w jego mięśnie, w tym prostym odruchu broniąc się przed tak oczywistymi bodźcami atakującymi zmysły.
Te zmysły parę godzin temu pieszczone czule, z całą mocą odbierały obecnie charkliwe bulgotania, odgłosy skóry odrywanej od mięsa, tępych narzędzi wbijających się w ciała, suchy dźwięk kości rozłupywanych w akompaniamencie wrzasków, cichnących jęków, błagań o litość. Wyostrzone zmysły przywołały nawet widok rozchełstanej różowej szaty, której szelest zamarł w wyniku przesuwania po podłodze. Hanfu nasiąkało rozlanym, rzadkim płynem. Krew odpłynęła z twarzy dziewczyny; policzki zbladły, a na czoło wstąpiła gęsta siatka potu. Intuicyjnie wiedziała, że kierowali się ku podwyższeniu, gdzie górował inkrustowany masą perłową tron. Wpierw musieli do niego dotrzeć, a gdyż sala tronowa była jedną z największych w pałacu komnat Japonka, trzęsąc się, zatkała uszy rękoma, chowając się szczelnie za zbroją wojownika.
Mimo pewności, że powinna siedzieć cicho, znalazła w sobie resztkę sił, aby wydusić prośbę:
– Zabij mnie, Jebak. Nie każ mi patrzeć mu w oczy.
Żadnej reakcji; kot nawet nie prychnął. Ulotniły się jakiekolwiek emocje mu towarzyszące, domyśliła się. Kres zabawy, powinność spełniona. Znów wypełniał obowiązki prawdziwego, niemego kata, lojalnego żołnierza doskonale zaprojektowanego do zabijania.
Kimiko wrzasnęła, bo na nodze poczuła kurczowy ucisk mokrej ręki. Jebak nie zważając na ten wypadek, szedł dalej, wyszarpując dziewczynę.
– A dokąd to, psie? – Usłyszała
Rozległ się trzask – uderzenie w poranione ciało – a odpowiedziało mu stęknięcie.
Trzęsła się, a zapach posoki stawał się coraz bardziej nieznośny. Węże w brzuchu kłębiły się w rozszalałym korowodzie. Wycie z różnych stron sali łączyło się z sobą, odbijając od nagich ścian zwielokrotnionych ich brzmienie. Kimiko w panice to rozwierała, to zaciskała powieki. Biła w klatę niewzruszonego mężczyzny niosącego ją ku przeznaczeniu. Wymachiwała nogami, mamrocząc, że chce do pokoju sąsiadującego z kuchnią, do Simby, byle nie tu. Nie słyszeć ani nie wiedzieć, nie czuć odoru maskary, do jakiej się przyczyniła. Serce roztłukło się w małej piersi, w zaś głowie dzwoniło. Palce wojownika tak mocno i boleśnie zaciskały się niej. Wydawało się jej, że szeptał, żeby się uspokoiła, ponieważ cesarzowej nie przystoi takie zachowanie.
A oto czekał na nią cesarz, pan i władca duszy i ciała; siedział na tronie w swojej zwykłej zbroi, w nienagannym uczesaniu. Sączył Lao Mang Long. Wiernym kotkom klęczącym przed nim zdawał się uosobieniem dostojnego spokoju, niezmąconej harmonii i władzy. Jedną rękę przewiesił przez poręcz szerokiego monarszego krzesła, wydając ledwo dostrzegalne znaki dla czuwających przy nim heroldów i szambelanów. Przynieśli oni ze sobą kodeks postępowania, ten oprawiony żółtą okładką, oraz pliki papierów, pędzelków zakończonych ostrym włosiem wilka, a także kałamarze z tuszem w kamieniu. Stali w wysokich czapkach, gotowi do spełniania życzeń Jego Wysokości, trzymając w rękach skrzyneczki rozmaitej wielkości. Ich oczy lśniły niezdrowym podnieceniem.
Spotkanie cesarskiej pary odbyło się bezgłośnie. Dla obserwatora przyglądającemu się wydarzeniom poranka wydawałoby się to niemal groteskową sceną: niewolnik dostarczający panią świata ubraną w podomkę przed obojętne oblicze pana zbroczonego krwią wrogów, acz bez przeszkód wychylającego ulubiony eliksir. Wierny Jebak zrzucił wierzgającą kobietę na podłogę, służąc pomocą przy tradycyjnym uległym ukłonie „żony przed mężem”. Delikatnie wykręcił jej nadgarstki i przycisnął kark do samej ziemi, a skoro ceremoniałowi stało się zadość, podniósł czcigodną panią, lokując wygodnie na tronie po prawej stronie Chase’a. Oddalił się do czuwającego obok Crova, nie zapominając o pozdrowieniu swego wodza.
Zanim otworzyła oczy i wyjęła z uszu palce, ubodła ją pewność, iż potrafi ogarnąć wzrokiem i słuchem cały obraz tego, co ścieliło się przed nią. O dziwo, mogła to znieść, bo najbardziej nie do zniesienia okazywała się świadomość siedzenia obok sztywnego w obyciu Younga.
„Cofnąć czas… cofnąć czas!”, zaklinała, licząc na to, że powtarzanie z pasją tej frazy naprawi oblicze rzeczywistości. Kołysała się to w przód, to w tył, udając, że nie docierają do niej bolesne krzyki i jęki czy wstrętne, stale się nasilające odgłosy skrobania.
Pusty żołądek skurczył się raptownie; Japonka zgięła się wpół, wypluwając z siebie żółć i resztki jedzenia z wczorajszej uczty. Szambelan reagujący na każdy gest Jego Wysokości zdołał w porę podstawić na kolanach dziewczyny złotą miednicę, a potem otrzeć jej blade usta. Wtem ktoś z tyłu pociągnął Kimiko za włosy, zmuszając do nagłego wyprostowania się. Plecami zderzyła się z oparciem tronu. Nie zdążyła ochronić uszu i oczu, ręka Chase’a chwyciła ją bowiem za szczękę, ściskając policzki.
– Kochanie, przykro mi, że musisz oglądać prostactwo, ale bez ciebie nie obędzie się wszystko, jak należy – odezwał się łagodnie.
Ton jego głosu wchodził w konflikt z brutalnym zaciskiem palców. Musiała zatem patrzeć i słuchać, ale nie płakała. Zabrakło Kimiko łez.
Przed tronem rozciągało się morze cuchnących płynów ustrojowych i brodzące w nich kawałki mięsa oraz skóry. Wciąż żywi obdartusi, czołgający się w złudnej nadziei na ucieczkę przed dobijającymi ich – rozrywającymi gardła kocimi bestiami – rozcierali po posadzce kałuże krwi wyciekające ze stosów ciał towarzyszy łamanych bambusowymi pałkami, przedziurawionych albo rzędami nabitych na pale. W wielu przypadkach poziom okaleczeń i zmiażdżeń utrudniał identyfikacje płci. Sami zaś kaci postępowali zgodnie z wytycznymi ich władcy; nie skalali się gwałtem na buntowniczkach, gdyż nie godziło się spółkować z kobietami dostatecznie zhańbionymi aktem zdrady. Zadowalali się inną rozkoszą: przygważdżając je do podłogi, wyrywali im garściami włosy, a potem nożami ściągali skalp. Między trupami walały się oderwane lub obcięte place, członki, wykłute gałki oczne. W tej zupie krwi, włókien oraz kości krzątali się wojownicy – zwłaszcza ci w ludzkiej postaci – nawoływali do siebie nawzajem, z dumą pokazując zdobyte trofea. Młody człowiek w stroju angielskiego oficera z I wojny, poznała go od razu, wymachiwał strzępkiem skóry zawieszonym na płomiennorudym kosmyku. Uśmiechnięci, pochłonięci ulubioną rozrywką, nie zważając na brud i lepiące się do ich butów śmierdzące flaki, bawili się w torturowanie swoich ofiar, komentując własne poczynania z humorem.
– Towarzyszu Victorze, raczcie zauważyć, iż wdepnęliście w gówno – obwieścił bratu wielce uprzejmie Harold, czymś w rodzaju sztyletu sai grzebiąc w brzuchu buntownika pod sobą, jakby nabierał na widelec makaron.
Urzędnicy pracowali w namaszczeniu, spisując personalia zabijanych. Rzut okiem na listę pozwolił zapoznać się doglądającemu ich Crove’owi ilością zakończonych w tej sali istnień. Osiemset trzydzieści. Dziś wieczorem pałac opuści specjalna jednostka morderców z rozkazem wyrżnięcia rodzin buntowników.
Palce Kimiko zaciskały się rytmicznie na poręczy tronu. Nie reagowała ani słowem na widok rzezi o poranku ani na upiorne krzyki niosące się po sam sufit. Naprzemiennie ze zduszonego szokiem gardła wydobywały się piski lub wymioty. Czuwał nad nią szambelan, grzecznie podtykający pod nos miedniczkę. Najgorsze wszak miało nastąpić. Parę metrów od niej klęczeli zakneblowani młodzieńcy ze spętanymi na plecach rękoma i z opaskami na oczach. Różnili się od siebie wielkością; jeden charakteryzował się smukłą sylwetką, drugi zaś sporą masą mięśniową. Krwawili, lecz nie w wyniku tortur, a raczej odniesionych w walce ran. Oczywiście, im jako wojownikom przysługiwała inna śmierć. Honorowa, mimo iż ich postępek zasługiwał na najsurowszy wymiar kary.
– Raimundo, Clay – wyszeptała.
Wcale nie lękała się o ich losy czy też o swoje. Bardziej szokowała myśl, że widzi dawnych przyjaciół. Z naciskiem na dawnych. Walczyli wspólnie przeciw tym samym wrogom i z tymi samymi ideami na ustach, ale to należało do przeszłości. I poza przeszłością nie łączyło ich nic, bo każde weszło w dorosłość we właściwym sobie czasie. Raimundo i Clay pałali nienawiścią do Chase’a, któremu ślubowali wierność. Kimiko porzuciła nienawiść na rzecz próby zrozumienia wroga, spojrzenia na świat z perspektywy jego moralności, czucia tego, co on czuł. Lecz zbyt późno. Zwróciła głowę w kierunku cesarza. Parę godzin temu zdawał relacje z najintymniejszych zwierzeń, karmił swoją filozofią, zażywał wraz z cesarzową rozkoszy. A teraz wyglądał jak ktoś obcy, zamknięty na spojrzenia smoka ognia i oziębły w stosunku do niego. Oczywiście, przecież zdradziła go. Nić upleciona zeszłego wieczora została przecięta. Chase już nikomu nie zaufa i to przerażało kobietę mocniej niż widok masakry albo perspektywy śmierci. Zobojętniała. Mogła tylko tańczyć do melodii wygrywanej przez wojownika Heylinu, wspominając detale podarowanej im nocy oraz marząc o białych żurawiach.
– Wasze Wysokości cesarzu i cesarzowo – odezwał się angielski oficer, przystając przed podwyższeniem i oddając pokłon. – Melduję, że zdrajcy zostali zlikwidowani.
„Poza naszą trójką…”, uściśliła.
Chase przytaknął i nakreślił w powietrzu jakiś znak. Przywódcom buntu ściągnięto opaski i wyjęto kneble. Zobaczyli tron otoczony szwadronem dostojników w wysokich czapkach, usłużnych szambelanów i kotów dzierżących guan dao. Na tronie siedział niewzruszony na twarzy Chase; tylko jego oczy bacznie im się przypatrujące zdradzały uczucia z pogranicza pogardy, rozczarowania, nostalgii i mordu. Prezentował się nadzwyczaj wytwornie, co dodatkowo wzmacniało kontrast między nim, a kulejącą się Kimiko. Z suchych niebieskich oczu zniknęły jakiekolwiek odcienie emocji. Ściśnięte wąsko usta zdawały się z trudem powstrzymywać krzyk. Zaplamiona u dołu krwią, niedbale włożona szata aż po trzęsące się kolana obnażała szczupłe nogi.
– Kimiko, zrób coś, no dalej! – wrzasnął smok wiatru, krzywiąc się z bólu, gdyż rana na jego prawej nodze porządnie dokuczała.
Chase kolejnym ruchem palcami w powietrzu dał znać najbliżej stojącemu kotowi, aby uciszył pogarszającego swoją sytuację gnojka. Victor wymierzył mu cios kolanem, łamiąc nos. Brazylijczyk nawet nie jęknął. Wypluł ściekającą krew, wyrzucając z siebie wiązankę przekleństw zaadresowanych do całego otoczenia.
Chase nie zważając na nic, opróżnił na spokojnie czarkę. Srebrne naczynie zabrał z należytą ogładą drugi szambelan. Wreszcie cesarz mógł przemówić. Odchylił się, strzepnął niewidzialny pył z uda i uśmiechnął dobrodusznie.
– Wiecie co? Już tęsknie. Tym waszym knuciem i przygotowaniami do żałosnego spektaklu z powodzeniem niemal rok odganialiście moją nudę. Bez was znów będę się kurewsko nudzić.
Kimiko uderzyła w nerwowy śmiech spleciony z płaczem. Żeby nie czuła się zawstydzona, Chase niczym dobry mąż, dżentelmeńsko dołączył do niej, ocierając jej łzy i śmiejąc się teatralnie. Za ich przykładem poszła reszta zgromadzonych wojowników oraz urzędników. Śmiali niczym goście na przyjęciu z pozbawionego polotu żartu gospodarza, ot, gdyż tak wypada, rzecz jasna poza Japonką zdającą się uczestniczyć w chorym śnie i Jebakiem nieprzepuszczającym okazji do powygłupiania się.
Skoro tylko dziewczyna umilkła, Chase natychmiast znieruchomiał, a wraz z nim dwór. Jedynie Jebak chichotał sobie pod nosem, póki Crove nie szturchnął go w ramię.
– Głupie bachory, znałem każdy wasz ruch – oznajmił Chase bez satysfakcji. – Trzymałem was jednak przy życiu, byście wierzyli w tę waszą misję zamachu. Tak łatwo wami sterowałem. – Udając, że kompletnie nie dostrzega bolesnego zdziwienia na twarzach smoków Xiaolin, przystąpił do ataku celem dobicia pokonanych. – Odpowiedzieliście poprawnie na każdą prowokację z mojej strony: zebraliście broń na ten dzień, bo ja tego chciałem. Werbowaliście ludzi, bo ja tego chciałem. Nie zmieniliście swoich planów odnośnie do daty ataku, bo – niespodzianka – ja tego chciałem. – Uśmiechnął się mściwie.
Nozdrza Claya rozdęły się, sygnalizując przebiegającą przez niego swoistą mieszankę bezradności i niedowierzania:
– Psychopato!
Chase uniósł prawy kącik ust, kiwając lekko głową.
– Zmusiliście mnie do podjęcia gry, którą sami rozpoczęliście. Gdybyście nie zaczęli spiskować przeciw mnie, tylko grzecznie siedzieli w podziemiach i pracowali, czekając na moment, kiedy dorośniecie i staniecie się moimi kotkami, teraz prawnie należelibyście do naszej rodziny. Ale wzgardziliście zaproszeniem, złamaliście przysięgę, śmieliście się organizować z myślą o zaszkodzeniu mi, zabiciu i przywrócenia tego amoralnego świata na dawne tory zła.
Oczy Raimunda zabłysły gniewnie
– Co ty pierdolisz? – wychrypiał.
– Smoku wiatru, ty niczego nie pojmujesz. – Uśmiech zgasł z twarzy Chase’a, ustąpiła mu miejsca obrzydzenie. – To ty tu jesteś zły. Zło szuka sposobu zejścia z prawej drogi, czyż nie? Wygrałem was uczciwie, a wy okazaliście absolutny brak poszanowania starożytnych praw. Wy, nazywający się mnichami Xiaolinu, okryliście się hańbą – złamaliście słowo. Ja występuję w roli strażnika cnót wojowników – w ciągu ostatniego roku ani razu nie wyraziliście wątpliwości. Wam nie można było dać drugiej szansy. Niczym nie różnicie się od prostaków: obchodzicie prawo, naginacie je według potrzeb, aby znaleźć usprawiedliwienie dla swoich popędów. Tak bardzo pragnęliście wolności? A co z honorem? Mam nadzieję, że teraz czujecie się prawdziwie wolni i spełnieni, w o j o w n i c y – zaakcentował ostatnie zdanie ironicznie.
Oparł plecy, wzdychając ciężko. Zlustrował wzrokiem krwawe widowisko. Pozorna łagodność na nowo zmiękczyła mu rysy.
– Dobro zna sprawiedliwość – dodał tajemniczo. – Nie sądzicie, że za zbrodnię wobec mnie i mojej rodziny wywiniecie się. Musicie odpłacić za wasze grzechy. Jednakże okażę wam miłosierdzie. Należeliśmy do tego samego buddyjskiego zakonu, zatem nie skażę was na ścięcie ani nie przeleję waszej krwi. Zginiecie jako honorowi wojownicy, mimo że na honorową śmierć nie zasłużyliście.
Wzrok wlepił gdzieś w punkt przed sobą, nakładając na siebie maskę osoby strapionej ważniejszymi sprawami aniżeli przyziemną próbą zamachu.
– Wyświadczę wam przysługę – wyszeptał, ledwo poruszając wargami, aż w Kimiko odezwało się coś, co kazało przypuszczać, iż wyłącznie ona jest adresatką komunikatów niedbale wysypujących się z ust Jego Wysokości. – Przez wzgląd na miłość do cesarzowej…
Zwiesiła głowę na piersiach. Mdłości wprawdzie ustąpiły, choć czaszkę rozsadzał ból mogący uchodzić za serię detonujących się mini bomb.
– Kimiko! Kimiko…! – wołał żałośnie Raimundo. – Obudź się!
Ponowny dźwięk towarzyszący miażdżeniu nosa kolanem na krwawą papkę przyczynił się tylko do pogłębienia jej w bezwładzie.
– Jeżeli zwrócisz się tak do niej raz jeszcze, wyrwę ci język – zagroził Chase karykaturą uprzejmego tonu stewardessy zachwalającej pasażerom orzeszki ziemne.
Do Japonki nie dochodził już dalszy przebieg akcji. Opatuliła się ramionami, z uporem maniaka prześlizgując oczyma po zabrudzonej szacie. Wypracowane w latach niewoli mechanizmy obronne powróciły, wznosząc wokół niej mur; szok przytępił zmysły, dzięki czemu nie musiała tracić energii na rozpoznawanie głosów właścicieli atakujących ściany tego tymczasowego schronienia. Prawe oko zaczęło zapamiętale pulsować, ciemne zaś plamy zacierały obraz drgających kolan. Mimo oblewającego ciało potu zawładnął nią dreszcz pełznący wzdłuż kręgosłupa. Wtem dotarły do niej jakieś urywki dialogów, obchodzące zabezpieczenia umysłu, drążące dziury w słabym murze:
– Szambelanie… edykt…
– Prawo stanowi...
– ...kodeks?
– …uduszenie jedwabnymi sznurami…
– ...po nas przyjdą inni...
– I wszystkich ich…
„Zlikwiduję”, zaczepiła się o to hasło, manifestujące się w udręczonej podświadomości czarnym ideogramem na tle wibrujących myśli przybierających formy skołtunionych, ocierających się o siebie białych glist.
Dotyk na policzku naelektryzował ją w niesamowity sposób – do tego stopnia, że aż powróciła na ziemię. Mur sforsowany, twierdza zdobyta. W twarz buchnął odór psującej się krwi.
– Szambelanie, podaj pieczęć cesarzowej – zakomenderował Chase. – Osobiście podpisałbym wyrok, lecz dwa dni temu przekazałem te szczególne uprawnienia w pałacu. Sprawy wymagają zatwierdzenia ich ręką Jej Wysokości.
Półprzezroczysta szata na plecach Kimiko przywarła mocno do oparcia, niejako sklejając dziewczynę z tronem. Na drżących udach rozwinięto akt: dowody winy nie podlegały dyskusji. Nie budząca wątpliwości zbrodnia i przyporządkowana do niej kara wymagały bezzwłocznego podpisu, wypełnienia formalności jak w każdej kancelarii. Znaki „zdrada”, „śmierć”, „uduszenie” oraz tytuł „Jej Wysokość Cesarzowa Lan Long” wżynały się w mózg. W rękę zaciążył bursztynowy blok z wyrytą na polu pieczętnym godnością.
„To nie ja, ta druga, Lan Long, posyła ich na śmierć, nie ja! Nie ja…!”
– Cesarzowo – Chase zwrócił się do niej z ewidentnie teatralną czułością. – Mają zginąć?
Brała udział w parodii zwyczajnego procesu. Sugerowano opcję ułaskawienia dla podtrzymania pozorów, pobawienia się trochę z ofiarami. Pytanie tylko, czy bawiono się buntownikami, czy też nią? Czyja nadzieja w zamyśle powinna zostać rozbudzona, aby potem zgasnąć? Kimiko wyzbyła się złudzeń: w pałacu nie pełni, ba! - nigdy nie pełniła, żadnej roli, która pomogłaby się wykaraskać z opresji. Wbrew zapewnieniom nie dzierżyła władzy. Znaczyła tyle, co marionetka poruszana wolą wykwintnego lalkarza. To, co się jej przytrafiało, to, co ją otaczało – stanowiło iluzję, teatrzyk cieni. Przeprosiny, docinki, nauka, treningi, poznawanie się, gniew i miłość, wzajemne szlifowanie się, pocałunki i pieszczoty były wątkami, a każdy z nich składał się na element przedstawienia, które zmierzało do exodosu. Jednakże Kimiko nie czuła nienawiści względem Chase’a Younga.
„Przecież on tylko wypełniał wolę Niebios…”
Zdrajcy musieli zginąć, żeby zatrzeć plamy na honorze – zbrodnię rokoszu wymierzonego w ojca narodu, a co za tym idzie – Nieba.
– Tak – wydusiła.
– Głośniej, najdroższa.
Zgięła kark, spięła się i wyłkała:
– Tak!
Przystawieniem pieczęci do dokumentu uwierzytelniła wyrok, dała mu moc sprawczą. A więc nastał koniec. Starzy przyjaciele umrą. Ona, jako kobieta znająca sekrety władcy, obracająca się najbliżej niego, zostanie poddana celowo przedłużanym torturom, nim oprawcy pozwolą, by wyzionęła ducha. Chase preferował przeciąganie gry wstępnej, aby czerpać jak najwięcej rozkoszy z finału, a skoro tak, należało się spodziewać, że pchany okrutną perwersją analogicznie rozkaże kotkom wlec się z zadawaniem cierpień małej, brudnej dziwce. Niemal słyszała syk jaszczurki.
Strach tak pochłonął Kimkio, że nie wyłapała momentu, kiedy jeden z szambelanów uniósł aksamitny futerał i przekazał kocim wojownikom dwa mocno splecione sznury z białego jedwabiu. Smoki wiatru i ziemi z niemą rezygnacją przyglądały się narzędziom przeznaczonym do odebrania im życia. Ten świt pogrzebał wszelkie ich nadzieje, choć przecież Instynkt od dawna wróżył im porażkę, następną sromotną klęskę. A pragnęli tylko wyzwolić swych przyjaciół i świat spod wpływu tyrana, nic ponadto. Stojący za nimi kaci – Harold i Jebak – zawiązali sobie sznury wokół rąk, a wówczas w serca młodzieńców równocześnie wkradło się gorzkie przypuszczenie, nie – pewność. Ich mistrz pomylił się, lata temu wybierając na smoki żywiołów. Drugi raz zawiedli.
Na skinienie cesarza wojownicy owinęli jedwab na szyjach upadłych mnichów, rozpoczynając egzekucję. Zacisnęli sznury z całych sił, odnotowując pieszczący słuch dźwięk gwałtownie zatrzymanych wdechów. Ciałami skazańców wstrząsnęły konwulsyjne drgawki, gdy zgniatano im krtanie, odcinano dopływ krwi, jakby organizmy pogodziły się z losem, zanim buntownicy wyszli z podziemi. Raimundo zsiniał pierwszy, ponieważ gabaryty Claya stawiały go wyżej w kategorii trudnych przeciwników. Otwierali usta na podobieństwo ryb, dogrywających na spalonym słońcem lądzie. Z gardeł wydobywały się bezradne charczenia osób pragnących za wszelką cenę zaczerpnąć powietrza. Zaciskali palce na sznurach, starając się na próżno poluźnić uciski. Wraz z mijającymi sekundami dygotali bardziej. Umierająca wraz z Clayem jaźń podsunęła halucynacje rozległych połaci pastwisk rodzinnego rancza i krów wymachujących ogonami, odpędzających nimi owady. Białka oczy Raimunda błyszczały. Zachodzący mgłą wzrok rejestrował rozmazujące się przed nim oblicza sług i kotów, stapiających się w jednolitą masę. Na tym tle odcinała się poszarzała buzia Kimiko i obejmujący ją Young przeskakujący wypranym z emocji spojrzeniem to po nim, to Clayu. W drodzę w zaświaty odprowadzało go echo stopniowo słabnącego głosu:
– Tak marnie giną wojownicy. Szlachetni idą na pokuszenie. Przypieczętowaliście los z chwilą, gdy zrodziło się w was pragnienie zdrady – oto wasz błąd. Odejdźcie w hańbie. Cieszcie się wolnością.
Świat ogarnęły ciemności i lodowata pustka.

***

Do naturalnych następstw jatek zwykły zaliczać się stada much bzyczących ze szczęścia nad trupimi pobojowiskami, ale nie teraz, nie w tym pałacu. Żadne z irytujących, spasionych stworzeń nie obsiadło parującej brei, by korzystać z suto zastawionej uczty. Pałac skryty w górze wulkanicznej pysznił się czystością, nieskalaną śladami owadów.
Kimiko trwała w sztywnej pozycji u boku cesarza. Przywykła do fetoru okrążającej ją śmierci. Słudzy i koty ulotnili się bezszelestnie na polecenie ich pana. Dziwną parę spowijała posępna atmosfera martwoty. Nie patrzyli na siebie ani nie odzywali się. Po prostu siedzieli biodro przy biodrze, szukając zaczepienia dla rozbieganych oczu omiatających to jeden obryzgany róg sali, to drugi. Wśród rebeliantów wbitych na pale Kimiko rozpoznała znajome rysy. Naostrzony drewniany drąg wyzierał z szeroko rozwartej paszczy. Katowski nóż wzmocnił efekt, rozcinając kąciki ust aż po uszy, co przywodziło na myśl bohaterkę przerażających japońskich legend Kuchisake. Nefraim stał „na baczność”, uśmiechając się groteskowo. Tuż pod jego stopami poniewierały się oskalpowane zwłoki ukochanej. W otaczającej je kałuży skrzepłej krwi i odchodów bieliły się resztki odgryzionych i wyplutych palców kucharki.
„Wczoraj życzyłam tej dwójce śmierci…”, naszły smoka ognia refleksje. „Czy to z zazdrości…?”
Koci wojownicy mistrzowsko wcielili się w piekielne demony, diabły zabawiające się z potępieńcami.
– Wiesz, co najczęściej czuję, kiedy skazuję na śmierć? – Chase przeciął zasłonę otępiającego milczenia. Jego niemal słowa raniły uszy.
Nie zdołała wydusić z zasznurowanego grozą gardła choćby pisku. Ograniczyła się do rachitycznego kiwnięcia.
„Ależ on spokojnie mówi…! Upiornie, grobowo!”
Odwrócił ku niej głowę, otaksował przenikliwie i sam udzielił odpowiedzi:
– Żal, że m u s i a ł e m uciec się do drastycznych kroków. Że nie udało mi się zmienić przeznaczenia.
Teraz ona zerknęła na niego. Zaskoczone spojrzenie skrzyżowało się ze smutnym.
„O co ci chodzi? Dobij mnie wreszcie!”
Chase, jakby czytając z niej jak z otwartej księgi, włożył rękę za zbroję i wyjął z niej małą buteleczkę, której gładź emanowała nieziemskim nimbem. Włoski na skórze Kimiko stanęły dęba. Nie musiała domyślać się intencji władcy. Na szyi poczuła piekący dotyk, jakby zacisnęła się na niej niewidzialny kawałek jedwabiu.
„A teraz”, wydawało się, że cała jego postać krzyczy. „Wyznaj, jakim jestem potworem, ty zdradziecka kurwo!”
Nie poruszyła się niczym zaklęty kamień niezdolny do najdrobniejszych reakcji. Świat smoka ognia rozprysł się na tysiące odłamków.
Chase oszacował wielkość buteleczki, kilkukrotnie nią obrócił, jakby obchodził się z diamentem. Jeszcze raz zerknął na Kimiko, prychnął lekko i zacisnął rękę. Rozległ się brzęk gniecionego szkła. Kiedy rozwinął pięść, ukazała się przed nimi garstka błyszczącej masy. Wieloletni trening skutkował nabyciem różnorakich zdolności – skóra Chase’a była czysta, bez żadnych przecięć. Powoli podniósł wzrok na poszarzałą na twarzy dziewczynę. W złotych oczach czaiła się mściwa figlarność.
– To ostatni dzień koronacji – przypomniał ni stąd, ni zowąd. – Chodź, cesarzowo. Zaczynam się nudzić, ale i tak trzeba dbać o ceremoniały, gdyż to one pomagają utrzymać prestiż. Dopełnijmy formalności samego do końca.



Tyle lat czekałam na ten rozdział! Jeden z pierwszych, które przyszły mi do głowy, kiedy tworzyłam jakże misterną i zawiłą fabułę do IW! <3

11 komentarzy:

  1. jak ja czekałam na ten rozdział, przebiłaś moje oczekiwania

    OdpowiedzUsuń
  2. Już dawno nie czytałam rak dobrego opowiadania. A ten rozdział przebił me oczekiwania. Wraz z Kimiko bałam się i prawie wraz z nią wymiotowałam z nerwów czy odoru ciał. A właśnie o to chodzi w czytaniu, nie? Aż się nie mogę doczekać co się będzie dalej. Czy ja zabije, a może ułaskawi?
    Dziękuję za bardzo dobry rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  3. Poprzedni rozdział mnie trochę zniechęcił do dalszego czytania, ale postanowiłam dać ci szansę i jakże się nie zawiodłam! Nie da się opisać tego, co przeżyłam. Tytuł rozdziału świetnie gra z treścią jak i z fabułą bloga. Nuda to przeklęta sprawa! Było bardzo emocjonująco. Masz niekwestionowany dar do opisywania takich wydarzeń, które wciskają czytelnika w fotel. Cieszę się, że buntownicy skończyli właśnie tak a nie inaczej. Niestety teraz znów oka nie zmrużę. Biedna Kimiko. Spodziewam się okrutnych kar. Pewnie dla cesarzowej są one jeszcze okrutniejsze...
    Co jednak by się nie działo, tego rozdziału nie zapomnę!

    OdpowiedzUsuń
  4. Jako odpowiedź do poprzedniego rozdziału:
    Wiesz, według mnie zakończenie typu "Spadaj na szafot" przeczyłoby wszystkiemu, co stało się w ostatnich rozdziałach chyba że... Chase udaje uczucie do Kimiko.
    Wiesz, dał jej koronę i miłość? Można tak to ująć...
    A skoro wiedział o planie, a ona chciała mu się przyznać...Ale jak sobie nie zdaje sprawy, że chciała się przyznać...Zagmatwane to. xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sądzę, że jeśli zdaje sobie sprawę, że przed zaśnięciem chciała mu się przyznać to tym gorzej dla niej.
      Dlatego że jak to wygląda?Dostała seks i dopiero on ją złamał, kiedy on tyle robił dla niej skoro wiedział o spisku... Prosił w zamian o jedną rzecz, o wierność, a ona co? Nic :(
      Z innego punktu widzenia układa się to w logiczną całość, gdyż jednak Kimiko od samego początku historii była niewyżyta. Jeszcze nigdy bohaterka nie była dla mnie taka spójna w tym opowiadaniu, jak teraz. Myślała o seksie. Chciała to robić. Moja interpretacja jest taka, że teraz kiedy wreszcie go dostała odczuła strach. Domyśliła się, że straci te rozkosze, jeśli Chase zginie i może znowu zacznie upadać, stawać się na powrót tą upadłą dziewczyną, która czci kutasa wchodzącego w cipe a nie może go dostać. W rozdziale, w którym przełamała się i odrzuciła Chase'a nastąpił taki fenomen według mnie. To był chyba jeden z najbardziej kluczowych momentów w całej historii. Kimiko chciała za wszelką cenę uciec od tego zgorszenia jakim jest pożądanie seksów. Autorka wiele razy zaznaczała zjawisko fatalizmu. Mamy teraz ten fatalizm.Kimiko była zgorszona, na jakiś czas wyszła na ludzi, na koniec zgorszenie i tak się w niej obudziło. Osobiście jestem zafascynowana fabułą.Nadawałoby się na pouczającą lekturę w szkole bardziej, niż taki Grey, którym wszyscy się fascynują, bo jest pełen seksu...

      Usuń
  5. Nie wiem czy przeżyje śmierć Kimiko, więzienia, czy po prostu kar... :( Ledwo dźwigam złamane serce Chase'a. Pokochałam go normalnie i teraz bym go tak przytuliła... Doprowadziłaś mnie, utalentowana autorko, do łez! xD

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję za Wasze opinie!

    Bardzo mnie motywują, a teorie sprawiają, że się uśmiecham! Cieszę się, że tak postrzegacie bohaterów i macie swoje przemyślenia na temat całości fabuły!

    Chciałabym odpisać każdemu z osobna coś mądrego, ale niestety gonią mnie terminy. ;C Wkrótce opublikuję kolejną notkę, mam nadzieję, że wyrobię się do marca. xd
    Pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
  7. O boru, toż to było... Szokujące? Wstrząsające? Epickie? Tak czy inaczej, przeszło moje najśmielsze oczekiwania, gdyż nie sądziłam, że sama kwestia rebelii skończy się... W taki sposób. Zastanawia mnie również Kimiko, która w ludzki sposób bardziej boi sie o siebie niż o swych dawnych przyjaciół. Chociaż nadal nie mogę odżałować ich zdolności A konkretniej ich braku <\3
    Ogólnie kocham, Chase jest cudowny, rozdział jest cudowny i ogólnie czekam na następny rozdział i karmę która (prawdopodobnie) dosięgnie Kimiko<3

    OdpowiedzUsuń
  8. Wszyscy tak chca zle dla Kimiko. Wiem, głupio zrobiła, pieprzyła trzy po trzy, że pozwala sprawom sie toczyć,a w rezultacie swoim nic nie robieniem przystawała ma bunt i zdradzała Chase'a. Mimo tego wszystkiego kibicuje dalej tej bohaterce. Pokochołam chamiko i liczę że jakoś się wszystko ułoży...

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Prawa autorskie

Wszelkie zamieszczone na stronie teksty stanowią wyłączną własność ich autorki – Raylie. Kopiowanie, zmienianie i rozpowszechnianie tekstów w innych celach niż użytek własny jest zabronione i podlega karze zgodnie z: Dz. U. Nr 24, poz 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych.