środa, 21 grudnia 2016

Tchnienie wiosny


Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!


Tia, nie umiałam się powstrzymać przed naciśnięciem guziczka

Przebudzenie nastąpiło nagle niczym burzowa fala szturmująca opierającą się samotnie skałę. Szarość świtu zalewała pokój, wydobywając przepych mebli ciosanych w wiśnie, podkreślonych jasnym adamaszkiem powlekającym ściany.
Rozbrykany Simba lizał panią po stopach, z porównywalnym rozchasaniem podgryzając palce. W rozdrażnieniu stanowczo odepchnęła pupila, jak to zwykle czyniła, w przypadku kiedy sny nie raczyły poskromić depresyjnych myśli asystujących wydarzeniom dnia poprzedniego. Przykryła się kołdrą, potulnie czekając na służące, a wtem bezwiednie powróciło, na wzór natrętnej muchy, echo słów dyskredytujących młodą cesarzową w oczach poddanych.
– „Skandal” – wyszeptała w duszną ciemność, doznając mdłości.
Trzęsła się z bezsilnej wściekłości. Lwiątko wcale zaś nie pomagało, niefortunnie ponawiając próbę nakłonienia pani do zabawy. Drapało jedwabną pościel łapami pozbawionymi ostrych pazurów, stanowiącą dla opatulonej nią Japonki rodzaj kokonu chroniącego przed złem świata.
Tego zepsutego świata, godnego pogardy, skazującego nią i Chase’a na wygnanie. Rósł w niej apetyt wykrzyczenia ludziom, jak ich umysły są ciasne, małostkowe, a serca przeżera fałsz. Imaginacja podsunęła obrazy rozczłonkowanych ciał pływających w morzu krwi, co bynajmniej nie przeraziło smoka ognia. O, nie. Upajała się tym widokiem, ponieważ zobaczyła obłudne twarze osób, które kiedykolwiek ją zraniły, sprowadzając tym samym na manowce. Pamięć objęła zasięgiem nie tylko złośnicę Cho czy zdradzieckiego nordyckiego wojownika, który penetrował palcami jej szparkę, ale nawet Dianę – tę rudą dziwkę, żadną miarą nie mogącą uchodzić za przyjaciółkę. Współspiskowczyni swą postawą i uwagami, a czasem znaczącym milczeniem prała mózg, wytykającą urojone błędy szefowej. Możliwe, że gdyby nie zarzucała na każdym kroku zdrady, teraz Kimiko w odwecie nie przeżerałby apetyt wydania buntowników. W słodko mściwym zestawieniu znalazł się Nefraim, a razem z nim Clay i Raimundo, z ramienia których działał. To oni wciągnęli Japonkę w swoje brudne, zdradzieckie spiski, powołując się na nieaktualne rzemiosło mnicha. Żałowała, tak bardzo żałowała, że nie roztrzaskała pierdolonej fiolki o podłogę i nie wydłubała przybłędzie ślepi nożem do sera!
„Najgorsze, że nie mogę się teraz wycofać!”
Niestety wybrała drogę, nie mogła z niej zejść, bo jeśli zejdzie, tylko zasmuci Chase’a. Kochana jaszczureczka już nigdy nie zaufa ani jednej śmiertelniczce. A przecież zawsze gdzieś na świecie wybuchnie bunt. Po co dłużej kontynuować rządy Chase’a Younga? Nie ma władzy trwającej wiecznie. Imperia osiągają szczyt swojego rozwoju, a potem upadają mocą prawidłowości porównywalnej do zjeżdżania po równi pochyłej. Lepiej zatem skrócić tułaczkę ukochanego po świecie wśród złajdaczałego społeczeństwa niż skazywać go na egzystowanie obok niego. Nieznani z imienia buntownicy wygrają, wyzwolą świat, ale ten świat i tak umrze. Zgnije, trując się wyziewami zła, namiętności i rewolucji biorących początek w płucach jego mieszkańców.
– Simba! – zbeształa lewka zniekształconym głosem. – Ty futrzasty terrorysto!
Nakryła sobie głowę poduszką, z nieznacznym kłuciem w żebrach zastanawiając się też, co się stanie z tym irytującym nieraz, acz całkiem pociesznym zwierzakiem? Czy podzieli los kocich wojowników, mimo iż oprócz futra i załatwiania się w kuwetę nic go z nimi nie łączyło? 

***

Spożywała śniadanie otoczona szwadronem pokojówek, przegrupowanych za rzeźbionym krzesłem stojącym w jadalni. Krępowała się pod artylerią czujnych spojrzeń dziurawiących na wylot, przebierając pałeczkami z należytą ogładą. Zgodnie z wyjaśnieniami Chase’a ludzie wkoło nich żyli wyłącznie po to, aby na kapryśne skinięcie wylizywać po nich talerze. Godząc się więc ze swą dwudniową rolą heylińskiej pani, przeżuwała kęs za kęsem, z przesadnym zainteresowaniem wlepiając wzrok w panneau przedstawiające scenki rodzajowe inkrustowane laką i przyozdobione piórkami zimorodka: wysmukłe damy trzymały barwne parasolki, łapały cykady, ptaki, podczas gdy oddalone od nich dwie postacie na koniach – kobieta i mężczyzna, przypuszczalnie mąż z żoną – polowali na jelenie.
– Czy Jego Wysokość wstał? – rzekła w przestrzeń, byleby odgonić upiorne wrażenie, że kleszcze wszechogarniającej nicości usunęły z otoczenia realności istnienia, a ona sama znaczy tyle co mara ulegająca pod groźbą najlżejszego wiatru.
– Tak, Wasza Wysokość – oświadczyła Lotos. – Czeka na ciebie.
Przytaknęła, obracając w palcach szklankę z sokiem z kumkwatów. Przeczuwała, że pokojówki nęci pytanie, dlaczego cesarska para spała osobno i uśmiechnęła się z politowaniem. Jakże one niczego nie pojmują. Następne małostkowe cipy, je też trzeba by wykończyć.
– Przygotujcie mnie.
Ogołocone ściany odbiły te słowa, zwielokrotniając melancholię pobrzmiewającą w nich.

 ***

Mdły blask kandelabrów mienił się aurą na powierzchni czepca cesarzowej wykonanym z pereł i złotych paciorków powleczonych srebrnymi nićmi. Z dopracowanym do perfekcji ceremoniałem biła pokłony tabliczce upamiętniającej przodków cesarza. Czymkolwiek się nie wsławili, nie miało to istotnego znaczenia. Powołali do życia Chase’a Younga, więc w jego mniemaniu sam ten nie do końca świadomy gest wystarczył, by wybudować im okazałą kapliczkę o zakrzywionych gzymsach z zwieszającymi się z nich dzwoneczkami. Atmosfera pod drewnianą, lakrowaną glazurą, czteropoziomową pagodą nasiąkła posmakiem echa wydarzeń sprzed piętnastu wieków. Niewidzialne cząsteczki egzystencji nieznanej władcy świata rodziny mieszały się w szemrzącym od wieków strumieniu ludzkich istnień. Jako – poniekąd – nowej członkini tego anonimowego rodu na barkach Kimiko ciążył obowiązek złożenia ofiary w swoim imieniu, a przy okazji również w imieniu reszty haremu. Od wczoraj wszak cesarza i cesarzową łączyli wspólni przodkowie w linii męskiej. Kiedy rytuałowi stało się zadość – odmówiła stosowne modlitwy spisane w opasłych sutrach, wzniosła czarki i półmiski z jedzeniem, spaliła papierowe pieniądze, posypała do płomienia ryżem i doprawiła solą – wróciła do Chase’a, pozwalając mu prowadzić się jak latawiec zawiązany na sznurku. Ściskał ją raźnie za dłoń, narzucając tempo. Kotki posuwały się za nimi. Drugi dzień koronacji wykluczał uczestnictwo w uczcie kogokolwiek poza wojownikami oraz cesarską parą. Harem spędzał popołudnie wedle procedur przewidzianych przez protokół, podobnie jak urzędnicy. Heylińska rodzina bawiła się we własnym towarzystwie.
– Czy oni się ze mnie nabijają? – Kimiko nie wytrzymała, odprowadzając wzrokiem rozpraszające się nałożnice, ich damy dworu i namiestników.
– Czemu tak sądzisz? – Young nie krył złośliwego półuśmieszku.
Naburmuszyła się, posyłając mu cierpkie spojrzenie.
– Wczoraj nabijali się… – zauważyła, po raz kolejny przybita jego zafałszowanym w tej kwestii brakiem wnikliwości.
– O, daj sobie spokój.
– Ale…!
– Żadnego „ale” – uciął, nie tracąc jednak nic z niefrasobliwego podejścia do intymnej natury problemów cesarzowej. – Wczoraj minęło bezpowrotnie. Pokaż, że prostacy nie zakłócili równowagi twego ducha i już.
Bił od niego zaraźliwy stoicyzm; silnym podmuchem rozgonił chmury przesłaniające niebo. Kimiko przytaknęła z rozmysłem, a nawet uśmiechnęła się leciutko.
„Ostatecznie i tak wszystko mi jedno”.
Zasiadła obok Jego Wysokości w sali tronowej, a przed nimi lokowali się wojownicy o postaciach połyskujących stalą kontrastującą z innymi elementami ich niejednorodnego uzbrojenia: wygarbowanymi skórami lub dekorowaniami z pióropuszy. Tworzyli kolorowe wstęgi wijące się po sali, nasuwając skojarzenie węży.
– Kto pilnuje pałacu, skoro oni są tu? – wyszeptała Youngowi dyskretnie do ucha.
– Kotki, które w tym miesiącu zachowywały się niegodnie, lecz także im przysługuje prawo wzniesienia toastu na naszą cześć.
– Cóż za łaskawość z twej strony – skomentowała, odruchowo sięgając palcami między piersiami.
Ale fiolka czekała schowana pod materacem łoża z kości słoniowej.
Chase szerokim ruchem dłoni dał zgodę, by niewolnicy płaszczyli się przed władcami, bijąc dziewięciokrotnie pokłony i życząc tysięcy żywotów. Szczęście i żarliwe oddanie namalowane na czerstwych twarzach niewolników przysparzało im wizerunku licznej gromady dzieci szukającej pociechy u surowego, ale praworządnego ojca. Kimiko nabierała zrozumienia dla tych ludzi. Niezależnie od pochodzenia – spętani przysięgą lojalności – mimo że buntujący się w pierwszym etapie życia zaczarowanych dzikich bestii, jak jeden mąż ulegali Youngowi, olśnieni charakterem, z którym dane jej było zetknąć się osobiście. Poczuła się gorzej, snując te spostrzeżenia. Garbiła się, odruchowo skubiąc rąbek szat, gdyż przenikła ją sroga wina, bo choćby taki Jebak zasługiwał na najdrobniejsze łaski, w przeciwieństwie do niej – ona nie zasługiwała na nic. Nie miała ich panu nic do zaoferowania, poza miłością. Jako świeżo upieczona partnerka głowy heylińskiej rodziny powinna kierować się jej dobrem, co wpajał jej już ojciec, potem mnisi z xiaolińskiej wspólnoty. Rodzina stanowiła w końcu fundament społeczeństwa, gwarantowała zdrowy rozwój narodu ślepo podporządkowanemu woli cesarza. Przejmując rolę paraleli między stosunkami regulującymi wzajemne postępowanie dzieci wobec rodzicieli, hołd i służba monarchy rosły w potęgę jako naturalny obowiązek jednostki względem tego, kto plasował się wyżej. A któż stał wyżej od cesarza – przedstawiciela Nieba, za pomocą którego sprawowało ono władzę na ziemi, kierując działalnością szarej masy? Konfucjańskie nauki jasno określały rolę poddanego i władcy, syna i ojca, żony i męża proporcjonując je, za miarę zaś przyjmując posłuszeństwo oraz szacunek. Hierarchia poskramiała pomysły o buncie przeciw harmonii narzuconej przez Niebo. Sprzeciwiać się więc władcy, a w konsekwencji Niebu, to jak występować przeciw starszemu pokoleniu. Analogicznie do zhierarchizowanej struktury rodziny i na dworze, i w każdym miejscu w cesarstwie, trzeba znać miejsce w szeregu. Przyszła zbrodnia Kimiko w jej własnych oczach urastała zatem do przestępstwa nie tylko wobec panującego, ale też wobec rodu, z którego wyrosła. Buntownicy niczym robactwo wgryzli się w korzenie przytrzymujące niewolnicę w podłożu heylińskiej egzystencji, objadły jej korę, przewierciły liście. Bez kontaktu z życiodajną glebą usychała, obsiana pasożytami żerującymi na nerwach.
„Oto czarka, za pomocą jakiej kosztuję mój ostatni napój”, wyliczała w otępiającym zmysły smutku. „Oto pałeczki, za pomocą których nabieram po raz ostatni ryż…”
Banalne czynności wydawały się czymś, na co trzeba było poświęcić więcej uwagi, zamiast wykonywać je rutynowo, bez udziału woli. Przyglądała się wobec czego uważniej otaczającym ją przedmiotom, odkrywając w ich zwyczajnej fizjonomii niedostrzegane dotychczas piękno. Nawet skóra dłoni sprawiała wrażenie bielszej, gładszej. Co najbardziej zaskakiwało Kimiko to to, że jej ciało reagowało na obecność ukochanego inaczej niż zazwyczaj. Siedział tu, obok niej, z krwi i kości, szczerząc się do kiciusiów, wspominając stare, dobre czasy przed ustatkowaniem się. W tych skromnych w gruncie rzeczy gestach objawiała się prawdziwa natura Jego Wysokości nie skrępowana koniecznością nieustannego kreowania wizerunku przykładnego władcy. Dlatego właśnie każda komórka organizmu Kimiko wyrywała się, by przytulić Chase’a, okazać, jak bardzo miłym jest oglądać go szczęśliwego i dobrodusznego. Mimo iż zawsze przemawiała przez niego dystynkcja, to jednak ciepły stosunek do kotków pozwalał ujrzeć go w łagodniejszym świetle.
– A pamiętacie, jak bawiliśmy się w bitwie pod Valmy? – zagadnął z maślanym uśmiechem.
Spora część kotków przytaknęła żwawo, wymieniając się znaczącymi spojrzeniami, zupełnie jak przyjaciele oglądający zdjęcia z wakacji.
– A jasne, wtedy Jebaczek z Haroldem wsypali do gaci Napoleona proszku na swędzenie! – zarechotał ktoś w oddali, a inni mu wtórowali.
– Głupku, to się działo pod Waterloo – wyjaśnił Jebak. – Zjebałem mu też kapelusz, ha-ha-ha. Kapelusz Napoleona! Po dziś dzień trzymam go w szafie. – Gestykulując żwawo, celował w braci pałeczkami, aspirując do roli oficjalnego imprezowego gawędziarza.
– A nie ukradła ci go na drugi dzień tamta dziwka? – Harold raczył odświeżyć pamięć kompana.
– Podłe oszczerstwa!
– Czyli masz go nadal? – zawołał Crove. – A dasz?
– Ja też chcę! – Rozległy się prośby reszty wojowników.
– Jebak, skocz po ten bikorn – rozkazał Chase. – Jak teraz o tym myślę, nigdy nie „kupiłem” sobie pamiątki z tamtej bitwy.
Mężczyźnie zrzedła nieco mina.
– Ależ szefie kochany, po co ci stara czapka przegranego karzełka?
– Jebak…
Złorzecząc na braci pod nosem, wojownik podniósł się z miejsca i wyruszył ku poszukiwaniom słynnego dwurogu Napoleona Bonaparte.
Serce Japonki krajało się, gdy tak przyglądała się wesołemu towarzystwu jej ukochanego, z wzajemnością okazujące oficjalnej pani tego pałacu należne zainteresowanie i serdeczność.
– Napisałem wierszyk dla cesarzowej! – Jeden z nich podniósł rękę niby pilny uczeń notujący na lekcji skrzętne notatki. Rozpoznała w nim Victora, strażnika strzegącego kuchni. W pierwszym odruchu wzdrygnęła się na wspomnienie Diany wleczonej z kuchni ku lochom, gdzie wymierzono jej karę, jednak po chwili uśmiechnęła się mściwie.
„Miłość tej suczy do Nefcia wypali się prędzej niż oboje sądzą...”
– Pochwal, kiedy skończy, bo w przeciwnym razie złamiesz biedakowi serce – przestrzegł Chase, nachyliwszy się Kimiko do ucha. – Rozciąga ludzi na kole, ale po pracy uprawia grafomanię na wieczorkach poetyckich z innymi kotkami. Okaż cierpliwość.
Zapanowała cisza. Mężczyzna pokłonił się, odchrząknął i rozpoczął deklamację wystudiowanie czystym głosem zaprawionym charakterystyczną nutką dramatu: Na górze krew, na dole flaki, cesarzowa ma oczy jak te dwa... koniaki!
Ku uroczystemu podkreśleniu wagi poematu uniósł wysoko dwa naparstki rzeczonego trunku. Oczekiwał teraz na falę uznania, więc ledwie powstrzymująca grymas zmieszania Kimiko zdołała godnie klasnąć, aprobując jakże awangardową sztukę kociego kata i przyrównanie wędrówki w głąb jej oczu do czynności alkoholizowania się. To Chase nie wytrzymał, wybuchając śmiechem. Zrazu się opanował i przemówił do niemal zranionego na artystycznej duszy Victora:
– Ten wiersz wywołała we mnie tyle emocji… – chrząknął. – I w ogóle… o, Jebak, wróciłeś. Masz ten kapelusz? – skinął na wojownika w samą porę wyglądającego zza holu.
– Mole go zjadły – odparł bezwstydnie, na co kotki zabuczały.
Kimiko pokręciła głową. Okolice żołądka mroził ból. Niespodziewanie dla niej zżyła się z podejściem kocich niewolników do otaczającej ich rzeczywistości. Najczęściej irytowali, wzbudzali strach lub konsternację, choć powoli przywykła do nich. Przeszyła ją myśli, że w innych okolicznościach polubiłaby ich dokładnie tak jak lubił towarzyszy broni Chase. W tej samej chwili dotknęło dziewczynę przykre uczucie, przedłużenie wcześniejszych refleksji. Naprawdę nosiła się z zamiarem zdradzenia swej rodziny.
– Deser dla Jej Wysokości – odezwał się sługa w wysokiej na łokieć czapce.
Postawiono przed nią ogromne lody, uformowane na pandę i przybrane figami. Spodobały jej się ich uroczy kształt, lecz dzięki wprawionemu w sztuce kulinarnej, czujnemu na walory estetyczne oku skrzywiła się na widok uszu rozkosznego misia przesadnie większych w porównaniu do łebka.
– Za moich czasów takie rzeczy się nie zdarzały – marudziła, przenosząc surowe spojrzenie na sługę.
– Wybacz pani, przyniosę nową porcję…
Potulny głos brzmiał jakoś znajomo, właściwie przypominał pisk wyrostka.
– Robisz problemy, Spicer? – warknął Chase.
Źrenice Kimiko raptownie rozszerzyły się.
– Jack…?
Nie zdążyła mrugnąć, a dawny wróg zniknął równie szybko, jak się pojawił, sprzątając ze stołu pucharek. W odruchu tłumaczonym tęsknotą za czymkolwiek sprzed lat poderwała się nagle, chcąc puścić się biegiem za Jackiem, zatrzymała ją jednak ręka Chase mocno zaciskająca się na nadgarstku.
– Dlaczego gonisz za duchami przeszłości? – syknął.
Opadła z powrotem na krzesło, wbijając oczy w beznamiętne oblicze Jego Wysokości.
– Co się stało?
Kąciki ust mężczyzny drgnęły nieznacznie. Skojarzyła ten ruch z szydzeniem.
– Stał się eunuchem.
– S-słucham? – wyjąkała, nie dowierzając. – Ale czemu?
Chase puścił ją, uznając, iż wróciła do pozycji odpowiadającej cesarskiej randze.
– Każdy musi coś robić, jeśli ma zamiar tu pozostać – wyłuszczył z nieukrywaną wesołkowatością. – Odeszła Wuya, nikomu już nie służył, przydzieliłem go więc do moich pań. W ramach ostrożności oczywiście kazałem wykastrować.
– Mówisz to tak spokojnie?! – Cudem nie podniosła głosu powyżej poziomu przenikliwego szeptu. – Jak można tak okrutnie kaleczyć ludzi…?
– Dano mu wybór: traci łeb albo jaja. Wybrał jaja.
Skrzywiła się z niesmakiem, aby po chwili znienacka parsknąć dziko. Nie wiedziała, czy popłakała się ze śmiechu przez osobę Spicera poddaną haniebnej operacji, czy przez Chase’a, który oznajmił to zdarzenie beztrosko i z figlarnym wyrazem twarzy, czy też w wyniku nałożenia się na siebie obu tych faktów w groteskową sytuację. Albo po prostu wszystko było jej już jedno.
„Ach, żeby tylko nie stała mu się większa krzywda… dziś…”
Wczesnym rankiem dokona się to, co przesądził Los.
„Ale… już dziś…? Naprawdę… Nadejdzie to…?”
Natychmiast przestała się śmiać. Z rozdygotanych palców wyślizgnął się pucharek, a uderzając o marmurową podłogę, zwrócił uwagę siedzących najbliżej kotków, w tym dowcipkującego Jebaka.
– Idźmy za przykładem pani! Wylejmy te siki, niech wreszcie wniosą wino!
Kilku wojowników skwapliwie przyjęło jego uwagę, przechylając czarki z herbatą. Do powstałych kałuż rzuciły się krążące po sali służące – wycierając skutki marnotrawstwa, stały się oczywiście ofiarami niewybrednych docinków i szczypania w pośladki. Chase nie reagował na nic, zajęty bladą na twarzy Kimiko.
– Zaniemogłaś, czemu? – Przyjrzał jej się uważnie, nie bez podejrzeń.
Trzepnęła ręką, siląc się na uśmiech.
– To nic takiego…
– Dwudniowy trup wygląda lepiej – zawyrokował. – Chcesz wrócić do siebie?
– Nie! To znaczy… nie, przejdzie mi, to tylko zmęczenie. Szkoda marnować taki uroczy wieczór.
Broniła się przed zostaniem samą do końca, a także przed zmuszeniem Chase’a do opuszczenia najdroższych jemu kompanów, szczególnie w tę ostatnią noc. Po części też chodziło o odwleczenie nadejścia wątpliwej szansy otrucia ukochanego. Otarła kropelkę potu z czoła. Gdyby postawiono przed nią lustro, spotkałaby się z mętnymi oczami wyzierającymi z pozbawionej krwi gęby przebrzydłej zdrajczyni.
Życzliwy uśmiech opromienił strofujące oblicze Chase’a.
– Cesarzowo, wiele takich wieczorów przed nami. Powinnaś się oszczędzać. – Korzystając z rozgorączkowania koteczków kobietami i perspektywą mocniejszych trunków, swobodnie przywarł do dziewczyny, oparłszy podbródek o jej bark. – Musisz być silna i zdrowa, bo któregoś dnia jak nic zrobię ci dziecko.
Jakaś złośliwość igrała w ustach cesarza, niemniej zbagatelizowała niewerbalną otoczkę, ożywiona treścią usłyszanych słów, tak jakby istniał tylko sam banalny przekaz pomijający pośrednie znaki, za pomocą jakich dało się odczytać sedno sprawy pod innym kątem.
– Niech narzędzia rodzą, od tego tu są – zaperzyła się, na ile pozwalała jej duma.
Pogłaskał ją po policzku, a następnie pstryknął w nos.
– Tak, ale ja po prostu chcę mieć z tobą dziecko, za pięćdziesiąt albo za sto lat. Nich nasza rodzina się powiększy.
Litość i żal poruszyły sercem smoka ognia. Wizja powicia potomka Chase Younga wcale nie jawiła się wybitnie przerażająco. Przeciwnie. Fakt, iż pozostanie w bezpiecznej sferze kilkusekundowych rojeń, naświetlił ją radosnym blaskiem, szybko jednak zgaszonym nadciągającym tchnieniem przyszłości.
„Nigdy nie zostaniemy rodzicami, jaszczureczko… Jeśli doczekasz się synów, to tylko z nałożnicami i wyłącznie dlatego, że stłumisz rebelię, lecz wtedy ja umrę za karę, prawda?”
Przytuliła go mocno. Ciepło jego ciała napełniło ciepłem i ją. Zapragnęła dusić go tym uściskiem – nieprzymuszonym, wręcz dzikim.
– Nie przyjmę dziś eliksiru – oświadczyła dobitnie, goniona zadaje się atawistycznym głosem siedzącym wewnątrz niej, a konkretnie w rejonach macicy.
„Że co ja powiedziałam…?”
Mięśnie Chase’a zastygły na krótką chwilę. Psychicznie gotowała się na dokuczliwy komentarz z jego strony.
– Że co ty powiedziałaś? – wybełkotał zbity z tropu.
Kimiko wydawało się, że sala wstrzymała oddech, co na szczęście okazało się ułudą. Wystarczył jeden rzut okiem, by się przekonać, że kotki grzecznie się bawiły, molestując służki. Przyzwyczajona do zboczeń pałacu, zlekceważyła je. Teraz liczył się ukochany.
– Czy tego wieczoru spotkamy się w połowie drogi do naszych sypialni? – spytała mgliście, choć bez sztucznego zniżania głosu. Wolała brzmieć szczerze, naturalnie, nie jak napalony podlotek.
Chase pozostał ostrożny.
– Hm, chcesz mi powiedzieć, że dojrzałaś? W jedną noc?
– A jeśli to zmysły? – podsunęła, wznosząc brwi.
– Lepiej nie – ostrzegł. – Zmysły niech się odzywają w chwili, gdy cię rozbiorę, wtedy bardzo proszę. Do tego czasu ma działać nami zdrowy rozsądek i kontrola poczynań. Tak jak przystało na zdyscyplinowanych, odpowiedzialnych wojowników.
Mimo wcześniejszego chwilowego zamroczenia wiedziała doskonale, z pełną czystością umysłu, co powinna zrobić.
– Jak zawsze masz słuszność, Wasza Wysokość.
Skinęła pokornie głową, nakładając na twarz maskę absolutnej powagi. Kotki raczyły się winem, jej zaś niebieskooka kuchenna dziewczynka właśnie dostarczyła lodów z wizerunkiem pandy. Kimiko domyśliła się wstydu i naturalnych obaw, jakie paliły biednego Jacka. Podziękowała małej, pamiętając o trudach niewolniczej roboty, od jakiej sama zaczynała karierę w pałacu i zabrała się do pałaszowania. Ważyła kęsy z osobna, zachowując godne milczenie, gdyż wojownicy obserwowali ją co jakiś czas z różnych zakamarków sali. Przypuszczalnie widzieli w niej kobietę znającą swe miejsce u boku cesarza; tak przynajmniej podpowiadał rozsądek.
Wychyliła czarkę z herbatą, a Chase lekko potrącił ją kolanem. Wlepiwszy uparcie wzrok w Crova ogrywającego w madżonga wierszokletę Victora, zapytała:
– Tak, Wasza Wysokość?
– Gdybyśmy mieli się spotkać tego wieczoru w połowie drogi do naszych sypialni, musiałabyś odesłać pokojówki pojące cię lekarstwem.
Radość zakołysała jej duszą, a kąciki ust uniosły leciutko. Opanowala się prędko, podejmując igraszkę dwuznacznych zdań.
– Czy gdybyśmy mieli się spotkać tego wieczoru w połowie drogi do naszych sypialni, byłoby to wszystko, co powinnam zrobić? – dorzuciła, udając obojętność.
Cisza nie trwała długo. Zastąpiła ją słodka zapowiedź tego, co pragnie usłyszeć każda kobieta z ust kochanka, choć Kimiko z zabawną konfuzją mogłaby równie dobrze mówić „męża”:
– Jeśli szczerze i uczciwie przyznałabyś przed samą sobą, nie mną, że to, co tobą pokieruje, będzie rozumne i dojrzałe, wówczas przyszłabyś do moich komnat i poprosiła, bym pogasił świece.
Spięła się, choć miłe uczucie w sercu, zlewające się z tym, co emanowało z podbrzusza, scementowało się w jedno, wypierając obawy. Uśmiechnęła się nieśmiało, przytakując wdzięcznie, wciąż jednak nie odrywając oczu od zatraconych w grze kiciusi.
– Stanie się tak, jak sobie zażyczysz, Wasza Wysokość. 

 ***

Głowę wsparła o ręcznik rozłożony na brzegu porcelanowej wanny, poddając się błogiej rozkoszy ciepłej kąpieli. W tle słyszała głos zaaferowanej Lotos, kołaczący po łaźni trwającym długo echem:
– Temperatura nie powinna przekraczać trzydziestu czterech stopni, dolej zimnej wody! – dyrygowała pokojówkami. – Sole, sole, trzeba soli!
Młodziutka dziewczyna stanęła nad Kimiko, sypiąc świeżo ściętymi w ogrodzie różami. Płatki miękko opadały na wodną taflę, przykrywając nagość cesarzowej. Uśmiechając się sennie, z nieprzyzwoitą ciekawością obrysowała palcami kontury mięśni wklęsłego brzucha, dostrzegając na policzkach służącej rumieńce. Wojowniczka wyzbyła się wstydu wobec własnego ciała – Chase wiedział u niej już wszystko, co powinna ukrywać kobieta, a dla nastolatek krzątających się wkoło kształty cesarzowej stanowiły modelowy przykład ideału. Wybranka cesarza musi wszak być doskonała.
Z podobnym ospałym wdziękiem przyjmowała masaże koncentrujące się na uciskaniu kręgosłupa i namaszczaniu olejkami wszelkich skrawków lśniącej czystością skóry; energiczne ruchy jednocześnie rozluźniały mięśnie oraz burzyły krew, uwrażliwiając nerwy na nadciągające przyjemności z rąk mężczyzny. Lotos, poinformowana co do gustów zapachowych pana, skropiła szczodrze siedem otworów ciała pani, komplementując wyborne proporcje jej uszu, nosa, ust, a przede wszystkim ujścia pochwy i sromu, określane w chińskiej sztuce miłosnej mianem Wrót Życia i Tylnej Bramy.
„A moja macica to Pałac Północnej Gwiazdy, pochwa to Jaspisowa Jaskinia. A zaraz dokonamy rytuału deszczu i chmur”, umysł pracujący na ślimaczych wręcz obrotach cytował wiersze roznamiętnionych poetów.
Bodźce z zewnątrz oddziaływały na uczucia szalejące wewnątrz niej, to wichrząc spokój na rzecz strachu o ukochanego, to przynosząc pociechę w postaci haseł: „podaruję mu tę noc, wyprawię ku Żółtym Źródłom, do jego przodków, do rzeki życia”. Z ufną obojętnością nastawiała się na swój pierwszy raz, podchodząc do niego jako do czegoś do znudzenia naturalnego i nieuniknionego. Nie myślała o sobie, o swej przyjemności. Pragnęła dać ją temu niezwykłemu w jej mniemaniu człowiekowi. Temu, który przemógł się, by przeprosić za niehonorową postawę wobec byle niewolnicy; obnażył podłą tendencję ludzi do zdradzania i który marzył, żeby przegonić marazm, wyjść z klatki nie odstępującego go na krok autorytetu. Kimiko definiowała rozkosz jedynie jako wypadkowa rozkoszy Chase'a. On zasługiwał na miłość, ona z kolei tylko na pogardę i pokutę.
Wzruszyła ramionami otulonymi w półprzeźroczyste szaty. Także Simba podzielał idylliczny nastrój słodkiej pani, idącej na spotkaniu z niespodziankami przypieczętowanymi przeznaczeniem. Ucałowała lwiątko, dziękując za miesiące grzecznego sprawowania się. Włożyła mu do pyska ukochaną gumową kaczuszkę albo raczej jej bezkształt pozostałości, klepiąc po łbie.
„Oto Simba, którego głaszczę po raz ostatni.”
Odprawiona przez milczące pokojówki wyszła z zachodnich komnat, przekraczając pierwsze granice wciąż nieobjawionego wymiaru, jaki chroniła hibiskusowa zasłona. Czy tak czuła się Eme tysiąc lat temu, kiedy ponoć jako kompletna dziewica została wprowadzona do pokoi Jego Wysokości? Nie, nią mógł targać strach zmieszany z podnieceniem. Równowagę istoty Kimiko burzyło coś innego, a konkretnie miłość nie oczekująca niczego poza uszczęśliwieniem ukochanego, otulona w płaszcz przeklętego obowiązku wobec planety. Czy świat wiatru i wierzb – uciech zmysłowych scalający w ulotnej ekstazie nietrwałych w uczuciach kochanków – w najlichszym stopniu dorastał do świata za hibiskusową zasłoną? Tego, łączącego partnerów obwarowaniami prawnymi spisanymi przy obecności grona kocich wojowników oraz niemej aprobacie duchów przodków? Oto różnica między nią, a Eme, Bibi, nałożnicami czy innymi prostytutkami.
Podeszła do szerokiego łóżka: sceny zbudowanej dla odbywania tańców smoka i feniksa. Z absolutną pewnością do tego, co zastanie między wezgłowiem a poduszką, sięgnęła po mieniącą się tęczowymi odblaskami fiolkę, jakby chcąc się upewnić, że wypełnia się to, co przeznaczyły im duchy Nieba i Ziemi trzech nauk. Zmierzyła buteleczkę z chłodną kalkulacją, skrzywiła się i najszybciej, jak potrafiła, odłożyła narzędzie zbrodni do prowizorycznego schowka.
Powzięła powolną wędrówkę do drzwi po zachodniej stronie komnaty, zapalając smoczą mocą kandelabry oraz pojedyncze świece o knotach pachnących owocami. Sala rozjaśniła się złotem, z kolei powietrze wypełnił przyjemny aromat. Zerknęła w prawo; jakim cudem nie dostrzegła wcześniej olbrzymich szyb biegnących od podłogi aż po sam sufit? Za nimi majaczyło granatowe niebo, a pomarańczowe płomienie zdawały się gwiazdami rozmytymi na jego firmamencie.
„Oto ostatnia noc mojego życia. Jest taka piękna...”
Położyła ciężko dłoń na gałce, przekręciła ją, wstrzymała się jednak przed popchnięciem drzwi.
„A co, jeśli blefował?”
Słynął ze złośliwości, zastawiania pułapek. Doświadczenie nauczyło, żeby nie brać jego słów zbyt poważnie, dotyczących szczególnie spraw intymnych. Strach postawił przed nią wybór: albo pójdzie sprawdzić, czy jest oczekiwana, albo stchórzy i będzie koczować przed wejściem do komnat Chase’a.
Nie pozwalając lękom nią zawładnąć, utorowała sobie drogę do ukochanego solidnym pchnięciem. Weszła hardo do holu, pustego i ciemnego. Pogłos kroków niósł się aż po nieckowaty sufit. Bez specjalnego zastanowienia obrała kierunek. Szła, słaniając się nieco. Czuła się bardzo śpiąca, wyzuta z energii. Przemierzając korytarze, słyszała doskonale szmer własnego oddechu towarzyszącemu wędrówce. Zbliżyła się do czerwonej zasłony rozpiętej u wyjścia do, jak zdążyła zgadnąć, pokoju Chase’a. Na aksamicie wyszyto złote oko – symbol władzy. Gadzie ślepie złowrogo patrzyło na nią, jakby przejrzało na wylot ten szczególny sekret chowany pod materacem.
Po co tu przychodzisz?, pytało.
Nie drgnęła jej nawet powieka.
– Przyszłam do ciebie, cesarzu – zabrzmiała szorstko.
Odgarnęła zasłonę, obejmując wzrokiem komnatę Jego Wysokości. Rok temu gościła tu w charakterze wystraszonej kuchareczki przeprowadzonej głównymi wrotami na wyłączność panującego. Nic się nie zmieniło w wyposażeniu – białe ściany, podłoga i sufit oślepiały czystością. Na leżance siedział wygodnie Chase, przeglądając zwoje z przełamaną pieczęcią z kolorowej laki. Nieśpiesznie podniósł oczy na małego gościa.
Pragnął to usłyszeć, wyczytała z jego spojrzenia – tak rozżarzonego i twardo chłonącego jej postać.
– Czy mógłbyś zgasić świece?
Na uczcie podsunął starożytną aluzję, bardzo zresztą prostą do rozszyfrowania. Systematycznie podtykał uczennicy książki ociekające specyficznymi metaforami, kamuflującymi obyczaje sfery małżeńskiej. Kobieta chcąca w sposób moralny poinformować męża o seksualnych potrzebach, zwabiała go do alkowy rozmaitymi prozaicznymi wymówkami.
– Zaraz przyjdę – oznajmił bez żadnej podniety w głosie.
Zgięła potulnie szyję i, nie odwracając się, wycofała pokornie za kotarkę. Wróciła do ich komnaty; owocowe aromaty natężały, ociepliło się też znacznie. Raz jeszcze spojrzała za szybę. Złota poświata przydawała odbiciu filigramowej istotki odzianej w różowe hanfu nieziemskiego nimbu.
„Oto ja…”
Liczyła drobne kroki w drodze do łóżka, jakby emanującego aurą z zaświatów.
„...dwanaście, trzynaście, czternaście…”
Zatrzymała się nad poduszkami, zachwycając się połyskiwaniem poszewek; tym śliskim, zimnym materiałem, nasączonym ekstraktami paczuli i magnolii. Za plecami drgnęło powietrze. Nie odwróciła się ani nie uśmiechnęła, po prostu wzięła głęboki wdech, dopiero teraz dostrzegając, iż jej serce biło – o dziwo – normalnym rytmem.
– Czy to nie zabawne, jak bardzo świat oszalał? – przemówiła w głuchą przestrzeń. – Wróg stał się niewolnicą, niewolnica cesarzową. Dlaczego? – Odwróciła się wolno ku niemu.
Nie dotknął dziewczyny, ograniczył się wyłącznie do pożerania właściwym osobie wyćwiczonej w miłosnych swawolach wzrokiem, to przenosząc go na błękitne oczy, to na usta. Nie minęła minuta, gdy chwycił za spinkę w kształcie rubinowego smoka połykającego perłę i wyplątał ją ostrożnie z włosów cesarzowej, by wyrzucić niedbale na podłogę.
– Ja tego chciałem.
Skromnie spuściła oczy, wiedząc, iż trzeba udać płochliwą, a równocześnie uległą woli mężczyzny. Nakarmiona poezją chińskich uczonych zapomniała jednak, z kim ma do czynienia. Chase uświadomił ją wszak, że gustuje w kobietach umiejętnie utrzymujących równowagę między wulgarnymi wyskokami namiętności, a potulnym stylem bycia. Chwycił Kimiko za podbródek, sunąc wolno palcem po dolnej wardze. Przekrzywił głowę, zwęził powieki i bezceremonialnie przewrócił kochankę. Wylądowała na poduszkach, odbijając się nieco od materaca. Bez strachu obserwowała Jego Wysokość. On, śledząc wybrankę z porównywalnym zainteresowaniem, zsunął z siebie pierwszą warstwę hanfu. Drocząc się z nią, powoli obszedł łóżko, gasząc po kolei świece, poświęcając pojedynczy ruch na każdą z nich. Nie spuszczając z niego wzroku, dziewczyna zgodziła się na tę grę; splotła palce dłoni na kolanach i znieruchomiała jak posąg. Światła gasły partiami, w komnacie zapadały ciemności. Serpentyny zapachów wiły się ku sufitowi, rozpierzchając się. Chase zatoczył koło, pozostawiając trzy palące się knoty, tuż przy poduszkach. Usiadł obok heylińskiej pani. Wprawiona w odczytywaniu mowy ciała wojownika na nikłe skinęcie podbródka zareagowała nieśpiesznym wyswobadzaniem się ze srebrnych obręczy spinających różowe szaty. Przyglądał się precyzyjnym czynnościom; nie umknęło uwadze absolutne opanowanie przebijające się przez skrupulatne gesty Japonki, jakby kładła się ona spać zwyczajnego wieczoru.
– Nie boisz się.
Nie zadał pytania, stwierdził niezaprzeczalny fakt.
– Za późno, by bać się czegokolwiek. Moimi czynami kieruje umysł, nie uczucia.
Brzmiała jak robot: bez emocji, skoncentrowana jedynie na wypowiedzeniu wyuczonej kombinacji słów.
– Czyli nie oddajesz mi się z miłości – podpuścił. – Miłość to uczucie, a ponoć nie one każą ci się rozbierać.
Przed ściągnięciem płaszcza posłała mu zachęcające spojrzenie. Przystał na niemą propozycję. Jego dotyk naelektryzował włoski na skórze dziewczyny.
– Nie wystawiaj mnie na próbę, dość już ich – odparowała z subtelnie sączącą się z ust naganą. – Ten, kto myli miłość z namiętnością, nigdy nie kochał naprawdę, czyż nie? Autentyczna miłość zawsze kontroluje swe poczynania, podczas gdy czcze mamidło namiętności poprzestaje na kulcie kutasa i cipy.
Przytaknął z uznaniem, kiedy zerknęła na niego z podestu świeżo odzyskanych wartości.
– Bystra uczennico – pochwalił, jednak natychmiast tkliwość w ślepiach przytłumił smutek. – Obawiam się, że nie umiałem przekazać ci dostatecznie innych moich nauk…
Przysunęła się do wojownika, ujmując jego dłoń i przytulając ją do emanującego żarem brzucha.
– Wasza Wysokość, jeśli zawiodłam cię w czymkolwiek, nie powinieneś winić siebie – wyszeptała z zaciętością. – To na mnie spoczywa odpowiedzialność za moje błędy.
Palcami wolnej ręki przesunął po ścięgnie szyi cesarzowej, aż dotarł do policzka. Głaskał go, zachwycając się grą cieni kładących się na urodziwej rzeźbie zagłębień i płaszczyzn twarzy kobiety.
– Tak bardzo mi przykro… bardzo…
Objęła go ramionami, zaglądając głęboko w oczy.
– To mnie jest przykro. Nie jestem doskonała i nigdy nie uwolnię cię od prześladującej cię nudy. Ja wiem, że kiedy mnie posiądziesz, przestanę dla ciebie istnieć, bo będziesz mnie miał odtąd na zawołanie. Stanę się taka jak każda kobieta. Stracę wyjątkowość. Zacznę cię nudzić…
– Bzdury gadasz. I nie obcinaj mnie tak wzrokiem. O to przecież chodzi w oczekiwaniu; aby wzmagało apetyt i przedłużało rozkosz. Czy nie nauczyłem cię, że to co osiąga się z trudem, dłużej zachowuje aromat i świeżość?
Wyznania wyciekały z płaszcza napęczniałych żalem chmur niczym krople w wiosenny poranek. Zwierzenia Kimiko zainicjowała świadomość prawdy: fatum przewracające ostatnie strony księgi ich życia; epilog nadciągał. Małej buntowniczce pozostało tylko przepraszać i wynagrodzić ukochanemu zdradę, której ostrze ugodzi go w serce. Złożyła ręce jak do modlitwy, w istocie błagając przodków, by wstawili się za nimi u wszechpotężnego Nieba. Wówczas w półmroku Chase przechwycił lekko rozchylone usta cesarzowej, dając wytchnienie od oczekiwania własnym ustom. Niebiosa żądały, aby tej nocy ich przedstawiciele wzdychaniem, jęczeniem, uderzaniem się i plaskaniem ciał, gnieceniem i szeleszczeniem pościel wygrali symfonię zdarzeń i emocji, które w czasie ubiegłego roku odmieniły diametralnie upadłych mnichów, zaprowadzając aż tu. U końca wędrówki powitać ich miało pogodne odprężenie, poprzedzone ostrą walką.
„Jeżeli ta wygolona szpara okaże się sucha, rozkaże mi odejść od siebie albo mnie tu osamotni”, roztrząsała, dostrzegając niebezpieczeństwo misji. „Jakie to wszystko wstrętne, nieszczere, godne pogardy…”
Chase oderwał się od niej.
– Uśmiechnij się do mnie, Kimiko.
Oczy rozszerzyły się się jej gwałtownie.
– Kimiko? – wychrypiała z zasznurowanym niemocą gardłęm, ocknąłszy się z kosmosu melancholii. – To moje imię. Tak mi na imię!
– Oczywiście, że tak ci na imię.
– Aż do dziś tak się do mnie nie zwróciłeś…. aż do dziś… – skarżyła się, potykając w doborze słów i mrugając energicznie powiekami. – Myślałam nawet, że zapomniałeś, bo niby brzydkie, śmieszne….
Przytknął swe usta do jasnego czoła zaskoczonej piękności.
– Czy nie wiesz, że nazwałem cię Lan Long, ponieważ nie wyobrażałem sobie dzielić się twoim imieniem z kimkolwiek? Pozwoliłem ci zacząć żyć z nową tożsamością dla świadomości poddanych, ale nigdy nie określałem cię w myślach inaczej niż Kimiko Tohomiko, moja cesarzowo z wysp japońskich.
Objął ją energicznie, rozpłaszczając jej piersi na swych twardych mięśniach. Zaskoczył ją zachwyt, gdy zderzyła się z budzącym się do pracy prąciem skrytym za ostatnią warstwą szat. Umysł zdążyła tylko oblecieć wiadomość zaczyna się. Z otępiałym niedowierzaniem witała grad pocałunków nacierające metodycznie, koncentrujące się na linii obojczyków, szyi i karku, omijające twarz. Przeszyła Japonkę fala rozkosznego bólu nadziei. Drżały jej uda, lecz nie ze strachu o cokolwiek. Wyszeptała najdroższemu nieśmiałe podziękowania za dobro i cierpliwość, jakim ją obdarował.
– A proszę cię bardzo – odparł lekceważąco, nie przerywając pieszczot. – Kimiko.
Jak dobrze usłyszeć z ust ukochanego własne imię, tak rzadko używane, niemal zapomniane i dziecinne! Imię łączyło ją z rzeczywistością, nadawało rangę samodzielnego bytu; przypominało, że miała tożsamość, istniała jako człowiek z krwi i kości, nie zaś anonimowa kochanka bez przeszłości i przyszłości.
– Nie chcę dziś spać! – zapiała, podskakując ni stąd, ni zowąd w wulkanicznej eksplozji czułości. – Niech spada ulewa, a chmury grzmią całą noc!
Żar przetoczył się przez żyły smoka ognia. Przeganiając niemiłe opory spowodowane traumą brudnych i raniących zbliżeń z przeszłości, szarpała za ubrania Chase’a, by czym prędzej uwolnić go z więzienia jedwabi. Niestety on wolał wciągnąć się w szał wędrówki wszędobylskimi palcami nawigowanymi przez głodne pięknych widoków ślepia. W półmroku zaszeleszczało; to cienkie giezło opadło na podłogę. Ciekawski męski wzrok spoczął na ciele kochanki sportretowanej w dziwnej krasie swej niewinności, a jednocześnie doświadczenia. Stopami splatała szczupłe nogi, udami spajające szparkę, tak jakby wyrażała chęć ukrycia nienapoczętej tajemnicy tego, co kryje każde ciało kobiety, nim ową zasłonę tajemnicy zerwie napalony mężczyzna. Sutki na twardniejących, bielących się piersiach pyszniły się uroczo, plecy prężyły bez zahamowań, tylko twarzyczka wydawała się należeć do innej osoby – cnotliwej panny młodej, która spodziewa się, że zaraz padnie na poduszki jak ścięty kwiat. Za rękoma skryła czarujący uśmiech błąkający się po czerwonych ustach, dodając sobie wizerunku najsłodszej dziewczyny pod słońcem. Odwagi dodawała jej myśl, iż wyłącznie dla siebie, bez chciwych spojrzeń kotków i służby. Na zawsze razem. Aż do śmierci.
Chase zagwizdał z podziwem.
– Wiesz co? To będzie bardzo ciekawe doświadczenie: smakować rozkoszy z własną cesarzową...
Na te słowa ściany Pałacu zaścieliły się wilgocią, a każdy włosek na skórze podniósł się sukcesywnie. Dłonie Chase’a sondowały najsekretniejsze zakamarki ciała cesarzowej, przyczyniając się do nabrzmiewania różanego owocu między jej udami. Kimiko wydobyła prężący się oręż Jego Wysokości, zachwycając się jego twardością, a zarazem miękkością okalającej go skórą. Rósł, pokrywając się węzłami żył. Pulsująca krew, wtłaczające się nasienie. Kimiko wykrzesała sporo animuszu, podniosła się bowiem szybko, muskając sterczące dumnie prącie. Jak z napój z kielicha wypiła pierwszy zwiastun deszczu – drobniutką łezkę eliksiru.
– Aż tak mnie chcesz? – wybełkotała, co ślina przyniosła na język, drżąc z podniecenia.
– Bardziej niż Lao Mang Long – wyznał bez cienia obłudy.
Przysunęła się do niego, okrakiem siadając kolanami na jego kolanach. Rozszerzyła nogi, eksponując swą kobiecość. Śluz wydobywający się z niej oznaczył drobną plamką materac.
– Zanurz się – poprosiła, biorąc go za rękę i wkładając je między uda.
Przymrużył złote ślepia, dmuchając powietrzem z nosa.
– E tam, mamy czas.
Złapał Kimiko za biodra, niespodziewanie dla niej podnosząc ją ponad sobą. Parsknęła z perwersyjnym upodobaniem, uświadamiając sobie moc nieśmiertelnego kochanka, kiedy bez wysiłku trzymał ją w górze. Skrzyżowała łydki na plecach mężczyzny, szukając wgłębień między kręgami jego szyi. Pocierała nimi, fundując przyjemnym masaż, komplementując na głos wykwalifikowane, wręcz bezbłędne w miłosnej wirtuozji ruchy języka głaszczące i klepiące rowek między płatkami.
– Wgryź się w łechtaczkę, wypluj prawdziwą perłę! – zażądała, na co Chase zareagował śmiechem, tracąc panowanie nad sobą.
Unosząc się na skrzydłach erotycznych fantazji, wpadła na pomysł. Zgięte w kolanach nogi oparła cesarzowi na barkach i odchyliła tułów, jak na wygimnastykowaną wojowniczkę przystało, tak że jej uda wraz z biodrami tworzyły prostą linię, natomiast korpus ustawił się równolegle do klatki piersiowej. Rozczapierzone dłonie ulokowała na kolanach Chase’a.
– Co, robimy 69 w powietrzu? – dobiegł nią przytłumiony głos Jego Wysokości.
– Wracaj do lizania, bo mi się zbliża – oznajmiła słabo, z trudem dając radę odwzięczyć się za oralne pieszczoty, gdyż wbrew pozorom ciężko było przechwycić dyndającego penisa celującego w czoło Japonki.
Marszczące się uroczo, białe niczym lilia, tłuste płatki przyoblekły się rumieńcem, z ich środka zaś coraz gęściej wypływała słodycz, wobec czego Chase uznał, że rozgrzał kochankę dostatecznie dobrze, położył ją sobie wzdłuż ud, kładąc jej nogi na swych barkach. Patrzyła na niego omdlewającymi od gorączki oczyma.
– Rozkoszuj się chwilą, wojowniczko, o to w tym wszystkim chodzi.
Gorący sceptr o zaróżowionym czubku wbił się w krocze cesarzowej, kładąc kres owocom przeszłych, nocnych fantazji. Uszu doszedł dźwięk klaśnięcia, przesuwania się penisa po całej długości pochwy. Zanurzenie ziściło się w płynnym ruchu, którego nic nie spowolniło.
– O… kurde…
– Wszedłem w ciebie, a ty tylko „o kurde” – zaśmiał się śmiechem nasączonym ekscytacją.
– Jest tak dziwnie, tak inaczej – wydusiła, nie śmiejąc się poruszyć.
– No, to za minutę zrobi się dziwniej. Patrz na mnie i wypełniaj moje polecenia.
Pokiwała energicznie głową, pojękując czy to z bólu, czy z uczucia wtargnięcia obcego w gruncie rzeczy ciała w jej ciało. Ale pewna była jednego: przyjemność wcale nie zmalała.
Chase mościł się w tunelu, znajdując sobie najdogodniejszą pozycję, by móc go poszerzać, wygładzać zmarszczki. Wpierw metodycznie, bez pośpiechu, wtłaczał się w Kimiko, prosząc, aby spróbowała kręcić biodrami w takt jego ruchów. Pokonała więc zamroczenie pierwszego szoku, żeby odnaleźć się w tańcu smoka i feniksa. Wspierając się na barkach Jego Wysokości, wprawiła w ruch miednice. Już po chwili zrozumiała korzyści płynące z takiej konstelacji: on przenikał ją na całej głębokości, poniekąd przejmując inicjatywę i nic sobie nie robiąc z faktu, że ma do czynienia z rozdziewiczaną partnerką, acz dał jej pewne pole do popisu; dzięki zsynchronizowaniu ich ruchów tarcie między nimi wzmagało się. Lecz po chwili dziewczyna zrezygnowała, nie dając rady przyjmować tego, co darował ukochany. Oddychała nieregularnie, płytko, przypominając sobie nagle uroki masturbacji. Wydawały się śmiesznie nijakie, nie dorastające do zalet prawdziwego zaspokojenia, kiedy ta druga osoba, jako oddzielna istota, zachowywała się nieprzewidująco. Na przekór postanowieniu okazywania sennej postawy, przyjmowania pieszczot pierwszego razu jako coś błahego i przereklamowanego, nie sposób było pozostać zimnym na nowe zachęty serwowane przez cesarza, gdy tak naruszał intymne granice, odbierawszy należną zapłatę. Zwyciężyły ciekawość i gotowość odbioru intensywnych bodźców, swoiste pragnienie obcowania z pięknem. Próbowali się siebie tak jak umęczeni głodem ludzie, od długiego czasu nie mający w ustach jedzenia. Odrzucili tak drogą im samodyscyplinę. Kimiko przycisnęła policzek do pościeli, umożliwiając Chase’owi całowanie swej szyi. Pościel parowała zapachem magnolii i paczuli. Splątane ze sobą ciała parowały mieszającym się potem. Świat parował od gorąca, od idei, od zła, od inercji, od wartości, od zdrad. Świat odwrócił się od nich, wchodząc w rolę wyłącznego świadka huraganu uczuć, burzy pocałunków, gradu uścisków. Kimiko przebiegał dojmujący prąd, wprawiając cząsteczki ciała w takt muzyki. Nie byle jakiej, prawdziwego koncertu! Szeptem błagała cesarza o litość, ale on pozostał niewzruszony, z lisim uśmiechem na ustach i zębami wyzierającymi z nich pracując jak żniwiarz, w pocie czoła zbierający dojrzały plon. To przystawał w penetracji, to znów zaczynał, z wprawą kontrolując tempo i głębokość swych poczynań. Kosztował słodyczy owocu Japonki, napawając się na swój opanowany sposób jego elastycznością, a przy tym ciasnotą. Nie zapomniał palcami pieścić jednocześnie łechtaczki kochanki, komentując na głos piękno i wyjątkowość dziewczyny. Ośmielona tymi słowami zamknęła oczy, próbując jeszcze raz zgrać się w ruchach z partnerem. Wędrowała dłońmi po jego plecach, rozpoznawała twarde wypukłości, w myślach nazywając je czule. Wyobraziła sobie, że jej ciało jest instrumentem, a ta melodia wydobywająca się z ust to efekt wibracji narzucanej przez artystę. Podbrzusze drażnił torujący sobie drogę penis, ta obca istota. W ciemności zmysł dotyku wyostrzył się: pozwolił zmierzyć długość wojownika forsującego bramę, oszacować siłę tarcia. Kimiko spróbowała ponownie zataczać dokumentnie koła, wzmagając siłę odczuć. Mimo gorąca, objawiającego się przylepiającą się do pleców pościelą, skóra na kręgosłupie obsiała się dreszczami. Rozrywająca rozkosz wiła się pod sklepieniem żeber, dzika i nienasycona, wprawiając w drgania najczulsze struny. Smok ognia miał wrażenie, że wstępuje do chmur po schodach; każdy stopień przybliżał ją do czegoś znanego, ale jakby obcego. Nie potrafiąc sprecyzować swoich odczuć, po prostu wspinała się aż na szczyt, na tym szczycie zaś mglista przestrzeń. Miłosny amok strącił ją w przepaść. Opadała jak piórko przez zbite w gęstą masę chmury; powoli, z towarzyszącą jej falą ciepła. Do marzenia sennego, onirycznego spadania na poduszki, niby wróbel pikujący na ziemię dołączył Chase, chwytając rękę Kimiko i składając na niej pocałunek. Zachłysnęła się przyjemnością niczym niedoszły topielec zaczerpujący powietrza po długim przebywaniu w wodzie. Ekstaza kłębiła się w niej, aby ostatecznie się ulotnić siedmioma otworami ciała, pozostawiając po sobie odprężenie i radość.
– Otwórz oczy.
Otworzyła. Zawisła nad nią twarz ukochanego – najdroższa, najmilsza. Wyślizgnął się z niej, przewracając na bok. Zdawał się czekać na reakcje ze strony cesarzowej.
– Co? – wysapała, uśmiechając się słodko.
Uklepał sobie poduszkę i legł na niej wygodnie.
– Jak to co? Mów mi, co czujesz – zażądał bez ogródek.
Przewróciła oczami, nie przestając się dziwić zaborczości człowieka, z jakim przyszło jej spędzić ostatnią noc życia – ukoronowanie krótkiej egzystencji. Uniosła delikatnie ociężałą od miłości głowę. Pochwa dawała o sobie znać, obkurczającymi się ściankami, przed momentem starannie eksplorowanymi.
– No więc strzyka mnie w kolanie, boli biodro, za które ściskałeś… O, a na jednym cycku mam kurde ślad zębów!
Uderzył ją poduszką, wcale nie oszczędzając na sile. W ramach odwetu uszczypnęła drania w ramię, a skoro tylko spuściła oczy na wysłużonego penisa, którego nie tak dawno z entuzjazmem gościła w swojej szparce, nabrała ochoty wyzłośliwić się:
– Czyli co, prawdziwy pan domu potrafi zaspokoić w ciągu jednej nocy każdą ze swoich żon i konkubin?
Wsadził rękę między jej nogi, pozwalając sobie na ponadprogramowe gmeranie tu i ówdzie.
– Poczekaj dziesięć minut, a nie dasz rady za mną nadążyć. Jest dopiero wieczór, pałac wciąż wznosi okrzyki na naszą cześć. Bądź pewna, nie pójdziemy dziś spać – oświadczył, pochylając się nad nią.
Cieszyła się wraz z nim, na parę sekund zapominając o przykrym obowiązku. Ich noc wszak znaczyć powinna dla niej tyle co iluzja. A mimo tego wzburzona hormonami krew zdołała ogrzać skostniałe serce. Doświadczenie seksu zrzuciło na dalszy plan to, co uchodziło za wartościowe i prawdziwe. Wartościowym i prawdziwym było wynagrodzenie bólu zdrady temu, kogo okrzyknęła w myślach kimś wyjątkowym. Przytknęła półprzytomne oczy do zgięcia łokcia Chase’a, drżącymi ustami bełkocząc najróżniejsze słowa. Wśród nich znalazło się ciche „przepraszam”. Ujął twarz smoka ognia, pocałunkami ocierając łzy z jego kącików.
– Czasem nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w przeciwieństwie do ciebie jestem emocjonalną kaleką – orzekł.
– Nie zachowałam wierności samej sobie, temu co wierzyłam – wytłumaczyła, szlochając.
– A w co wierzyłaś? – dociekał, opatulając ją ramionami.
Schyliła kark, wzbraniając się przed odpowiedzią. Jak przeszmuglować informację, że nie powinna mu się oddawać, bo jest pierdoloną buntowniczką, tak żeby natchnąć go do wstania z łóżka i chwycenia za broń, równocześnie nie nazywając rzeczy wprost?
– Chase… – po raz pierwszy zwróciła się do niego po imieniu, tak jak on do niej niemal godzinę temu – obiecałam dać ci przyjemność, wzbraniając ją samej sobie, rozumiesz? Ale nie umiałam pozostać obojętna. Jestem egoistką. Ja nie zasługuję na twoją uwagę, łaskę…
„...i miłość.”
Wosk trzech palących się świec wytapiał się wolno. Światło rozjaśnaiło pomarańczowymi blaskami oblicze mężczyzny. Odkleił się od Kimiko raptownie. Natychmiast pojawiło się przeczucie, że zasmuciła go albo rozzłościła, a on zaraz wyjdzie, osamotni, wcześniej wyśmiewając. Temperatura w pokoju nieoczekiwanie spadła; kobieta dygotała, jednak bała się poruszyć, by nakryć obnażone nogi skopaną kołdrą. Lękała się o najlichszy szmer.
– Po raz wtóry gadasz bzdury – oświadczył w końcu, wzdychając ciężko. – Gdybyś niczego nie czuła, przeżyłbym fatalny seks. A nie istnieje nic bardziej traumatycznego niż pakowanie się w suchą jak pieprz cipę. A po drugie, czy ty siebie słyszysz? Nawet kurwa pragnie odczuwać przyjemność. Twierdzisz, że wypada być gorszą w tej kwestii od kurwy? – zwiesił znacząco głos. – Co jest niewłaściwego w tym, że poczułaś przyjemność? Nie jesteś posągiem bez emocji.
– Nie uważasz mnie za złą osobę? – upewniała się, miętosząc w palcach kosmyki.
Przybrał taką minę, jakby zastanawiał się, co on tu właściwie robi.
– Zwracasz się z takim pytaniem do księcia ciemności? Jeśli zaprzeczę, popłaczesz się mocniej?
Parsknęła przez łzy, trącąc Chase’a w ramie.
– Drań.
Przytulili się, okrywając skrzętnie kołdrą. Kimiko wsunęła zimne stopy między łydki Younga, nie zaprzestając studiować układu jego mięśni, kości i zagłębień ciała. Ich czarne włosy rozsypały się po poduszkach, tworząc lśniący dywan.
– Zatem jak się czułaś? – spróbował powrócić na grunt poprzedniego tematu.
– Chyba dobrze – odparła szczerze. – Czy i ty zaznałeś przyjemności?
– Gdybym nie zaznał, odwróciłbym się od ciebie i poszedł spać. Po fatalnych razach chodzę wściekły jak smok.
Przygryzła wargę i przemyślała to głęboko, nim wystrzeliła z precyzyjniejszym pytaniem:
– Lepiej niż z Eme, Hisoką, innymi nałożnicami lub z twoimi wcześniejszymi dziewczynami?
Oczy mu rozbłysły.
– A, o to ci chodzi!
– Nie wiem, o czym mówisz – wykręcała się.
Złożył na jej ustach długi pocałunek, sycąc się nim łapczywie.
– Cesarzowo, najlepszy seks z dziewicą od dekad. Cudownie było cię zasmakować. Jeden taki ogień pod hanfu na milion – skomentował.
– Miło mi – wyznała, odwzajemniając pieszczotę.
Pewność, iż za parę minut znów się zespolą rosła w takt łaskotania w podbrzuszu. Świeżo odpieczętowane łono domagało się więcej. Apetyt rósł w miarę jedzenia, oddech na powrót się rozpłomieniał, a umysł na nowo odtwarzał moment wtargnięcia w Chase’a przez te drugie usta.
– Mała egoistko, życzysz sobie jeszcze?
Wysapała pozytywną odpowiedź, chwytając go za nadgarstki i w rozgorączkowaniu kładąc jego ręce na małych, ale skorych do pęcznienia wzgórkach. Chase uciekł prawą dłonią, nieśpiesznie sunąc palcami wzdłuż brzucha Japonki. Obrysował nimi pępek wojowniczki, schodząc niżej i zahaczając poślinionym kciukiem o marszczenie dzielące na pół owoc gwarantujący uniesienia. Kimiko szczerzyła się nieprzyzwoicie, a wówczas ujrzała zielone światło. Z konsternacją zmusiła wypompowane z energii mięśnie do podniesienia się; przyjemne ciepło gładziło pomarszczoną, zaróżowioną skórę, wpełzało pod nią, łaskotało jak trzepotanie skrzydeł motyla.
– Czemu tak robisz?
Skoncentrowany na łagodzeniu efektów ubocznych ich stosunku, nie od razu udzielił odpowiedzi.
– Wierz mi lub nie, ale najczęściej boli kobiety drugi stosunek, jeśli nie wstrzymają się od pierwszego parę dni.
– Jak to?
– Rany, tarcia, uwieranie… zbrukałem już tyle panienek, że mógłbym napisać rozprawę naukową w tej materii.
Oczy Japonki prześlizgiwały się po ciele, doszukując się bardziej widocznych negatywnych skutków seksu. Podejrzewała siniaków na drugi dzień...
...jeśli przeżyjesz…
Ujście pochwy znaczyły krwawe ślady, a kilka jej kropel wykwitło na pościeli. Zmarszczyła brwi, uświadomiwszy sobie pewną niezgodność.
– Nie ma spermy?
Wyostrzone półmrokiem zmysły z pewnością wyłapałyby ciepły, rwący potok zalewający krocze. Nie wierzyła, że nie zorientuje się momentu wytrysku nasienia.
– Mogę to kontrolować, w ten sposób potrafię bzykać wielokrotnie w krótkim czasie – wytłumaczył z nieukrywaną dumą, łaskocząc ją w dole, by się upewnić, że jego czary zadziałają lepiej. – Ostrzegałem, że nie dasz rady za mną nadążyć.
Prychnęła, a kiedy skończył, naciągnęła na siebie kołdrę. Paliło ją u zbiegu ud jak cholera, niemniej część spaczonego umysłu odpowiedzialnego za godne zachowanie wolało poskromić wściek macicy, okazując postawę posiadaczowi penisa: „a idź mi!”, Chase z kolei wcale się nie kwapił do wkradnięcia w łaski rozkapryszonej złośnicy. Zwrócił się ku drzwiom, klaszcząc dwukrotnie. Do pokoju wtargnęła eskadra służących na czele z dwiema dziewczynami oświetlającymi im drogę czerwonymi lampionami. Zaskoczona Kimiko wyjrzała zza kołdry, nie zważając na nieco oślepiający przyzwyczajone do półmroku oczy blask. Radziła ją jednak bardziej myśl o czatujących za drzwiami, podsłuchujących za drzwiami sług. Trzymali w rękach tace i brzęczące przy najdrobniejszych ruchach porcelanowe naczynia. Skoro zareagowali na byle klaśnięcie w dłonie, musieli słyszeć wszystko inne.
– Wasza Wysokość. – Jeden z kucharzy zbliżył się do łoża i wsunął w szpaler zasłon spływających z baldachimu srebrny talerz z owocami morza. – Kraby.
– O, doskonale upieczone – pochwalił Chase, ściskając palcami skorupkę pierwszego z brzegu kraba.
– Herbaty dla Jej Wysokości? – spytała służąca, klękając po drugiej stronie łóżka.
– Wody perfumowanej? – zagadnęła druga, wraz z koleżanką wskazując na przyniesione miedniczki z pływającymi po nich jaśminami i różami.
– Panie, zgodnie z życzeniem: domino, szachy i madżong – zakomunikował szambelan, kłaniając się nisko.
– Podrzuć mi tutaj. – Chase wskazał na utworzone przez kołdrę wgłębienie pomiędzy kolana jego a cesarzowej, pałaszując przekąskę.
Na widok chowającej się pod poduszkami, zagubionej Kimiko atakowanej usłużnymi pytaniami pokojówek, poinformował z rozbawieniem:
– Jej Wysokość chyba się poddała i to po pierwszej rundzie. Szambelanie, grzej wino!
Zapanowało wesołe poruszenie. Woalki z wyszytymi symbolami płodności drgały bez przerwy, znosząc szybkie przemieszczanie się pokojówek i kucharzy, wypełniających jak najlepiej rozkazy celem urozmaicenia nocy panujących. Ulotnili się prędko, wcześniej kładąc na łóżko tacę z kolorowymi, lekkostrawnymi łakociami. Chase bezceremonialnie odkrył Japonkę, każąc jej coś zjeść.
– Dobrze wzmocnić się przed następnymi potyczkami. Ciało powinno nadążyć za głodnymi miłosnej uczty duszami.
Bocząc się nadal, skosztowała co nieco, aby na zalać to kieliszkiem wina – ot tak na rozweselenie. Kończąc, przywołali służących, a ci posprzątali i wyszli, wcześniej wycierając ich ręce i twarze pachnącymi ręcznikami.
– Twierdzisz, że twój smoczy apetyt często ulega zmianie?
– Dokładnie tak – odrzekł, wodząc oczyma po planszy i rozstawiając swoje pionki w jak najlepszej konfiguracji do ataku. – A inteligentne gry z kobietą zawsze mnie podniecają.
Upływ godzin zdawał się ich nie dotyczyć, tak jakby duchy wspólnych teraz przodków ubłagały Niebo, żeby zawiesiło w czasoprzestrzeni ich komnatę i to, co w niej przebywało. Trzy świece paliły się bezustannie, śmiechy i głosy nie milkły, dźwięki pocałunków i pojękiwań wznosiły się i opadały, wsiąkając w najdalsze kąty. Ciała drżały, a zamknięte w nich serca, trawione ową słodką chorobą, wyzywały się wzajemnie na Pojedynek Mistrzów: „mój wrogu, czy tej nocy ośmielisz się mnie kochać?” Północ czy świt – bez znaczenia, który dokładnie moment wybiorą spiskowcy ujawnienie się, dla Kimiko liczyło się tylko oddać się pod stopy panu jej życia.
Leżeli na posłaniu ściśnięci jak cykady, rejestrując pięcioma zmysłami byt drugiej osoby, kiedy to scalali się w jeden organizm.
– Widzę i słyszę cię – mruczał ze wzruszeniem do ucha kobiety, pokrywając ją od tyłu, bezbronną i lśniącą w poświacie jarzących się magicznie świec, prowadząc jej biodra w sposób ułatwiający mu penetrację.
Polecił, żeby przycisnęła jedną nogę do swojego boku, skoro tak chce wykorzystać swoje gimnastyczne zdolności, tym samym wspaniale poszerzając wrażliwe obszary pochwy. Okładał pocałunkami te śliczne, drobne plecy, fascynując się ich zginaniem i w takt doznawanych rozkoszy przesuwaniem kości barków, a także szyi. Ten seks miała zapamiętać wyrafinowany, przedłużony do granic możliwości jęczącej Japonki. Opierała głowę na czole przyciśniętym do materaca, skazując się bezapelacyjnie na wolę cesarza. Podniosła tylko ręce, szukając po omacku twarzy mężczyzny pochylającej się nad jej karkiem. Palcami badała jego drgające mięśnie, rozchylone w półuśmiechu wargi i wilgotne od potu włosy przy skroniach rozsypujące się wkoło niej, tworzące swoistą kurtynę. Owo doświadczenie bliskości dodatkowo wzmocniło falę uczuć. Sztywny członek rozchylał ścianki pochwy, rozpoznawał, studiując z najwyższą cierpliwością, to flegmatycznymi pchnięciami, to krótkimi seriami. Doprowadził do niezbyt szybkiego końca. Chmury się rozstąpiły, ale i tym razem nie spadł deszcz. Kimiko nie dostrzegła chwili, kiedy zmęczone orgazmem, lepkie od śluzu na cipce i potu na plecach ciało przysnęło.
Wtem Smoka ognia obudziło szczypanie w pośladki. Chase wciąż pałał pragnieniem; wyswobodził wobec czego cesarzową z macek drzemki, gdyż cenny czas uciekał, a on pragnął przeżyć tej nocy jak najwięcej, przegnać precz nudę. Nie skapił swej śpiącej królewnie pieszczot z udziałem palców, języka i rzęs. Owładnięta paniką, że faktycznie nie nadąży za nim, by odpłacić się hojnie, przewróciła się na plecy, szepcząc:
– Kochany, przeleć mnie ostro.
Przechwyciła twardy, gorący członek, pocierając go w palcach jeszcze parę sekund, a następnie osobiście wprowadziła go sobie do parującego wilgotnym szczęściem pałacu. Niczym najprawdziwszy feniks, a równocześnie przecież smok ognia płonęła od żaru, spalając się w płomieniach miłosnych wzniesień. Pragnęła opaść sił z dobijającym się do niej bez żadnych hamulców Chase’em, kompletnie zużyta i wyczerpana, pokonana seksualną walecznością. Wykonywała biernie polecenia Chase’a, wiedząc, iż wielowiekowa praktyka odsłoniła przed nim nawet najbardziej ukryte sekrety alkowy. Wypchnęła biodra do góry, a on złapał za nie, żywiołowo nacierając lędźwiami Japonki, trąc nimi, na wpół obracając. Wiła się mimowoli, zdana na porywczość kochanka, póki targane rozkosznymi spazmami łono nie wyrzuciło z siebie ostatniej porcji soków. Po wszystkim przywarli do siebie ciasno, znużeni tym namiętnym wojowaniem. Oddech regulował się powoli, a światło trzech świec wciąż nie gasło.
– Tak… – wysapał leniwie Chase. – Kochać się z cesarzową, nie nałożnicą, przygodną kochanką lub dziwką… cudowne doświadczenie.
Japonka odpowiedziała czarującym uśmiechem.
– Opowiadaj odtąd każdemu, kogo spotkasz, ile tracą, bzykając wybrankę, nim uczynią ją cesarzową.
– Co ty, wezmą mnie za idiotę. Cesarzowa jest tylko jedna. Nikim się z tobą nie podzielę.
Zachichotała na tę deklarację. Podniosła się na łokciach, żeby usadowić się bliżej szyi Chase’a, na którą nabrała ochotę zlizywania potu z każdego pora skóry.
– Uwielbiam twój zapach – wymamrotała.
– O, przestań. Co ci się podoba w zapachu potu?
– Bo ja wiem, jest taki… ostry.
Prychnął.
– Ty miło pachniesz. Te perfumy wiśniowo-waniliowe utrzymują się na tobie już czwartą godzinę.
Wstrzymała oddech.
– Minęły już cztery godziny?
– Tak, a co? Chcesz spać?
Nie odpowiedziała, jedynie zacisnęła usta w wąską linię. Położyła się na klatce piersiowej Chase’a, wędrując nieśmiało po krzywiznach jego mięśni. Życzyła sobie, żeby ta noc trwała wieczność. – Widzę, że coś cię gnębi.
Gałki oczu Kimiko jakby zastygły zamrożone w czasie, niezdolne już do płaczu ani tryskania radością.
– Czy pomożesz mi określić, jaka siła pcha mnie w twoje ramiona, pozwala mi się przed tobą otwierać, oddaje ci moje ciało, abyś mógł nim do woli rozporządzać? – odpowiedział głos uciekający z jej własnych ust, lecz odległy, matowy i obcy. Jakby z ciała smoka ognia wyszła dusza i tak odzielona od niej krążyła po pokoju, węsząc okazję do ostatniej rozmowy.
– Idea, moja miła. A idea jest miłością. Miłość zaś…
– Chowaniem kutasa w cipie? – dokończyła zrezygnowanym tonem, zapalając w umyśle sto diod układających się w oślepiającą frazę: Miłość to idea bez treści.
Zamruczał cicho, wyrażając aprobatę.
– Owszem, lecz nie dla wszystkich miłość znaczy to samo. Miłość ma wiele twarzy.
Drgnęła i podniosła ospałą głowę.
– O, to coś nowego... mów, proszę dalej, chcę słuchać.
– Żeby mówić dalej, muszę wrócić do pewnego wydarzenia z przeszłości. Kilku wydarzeń, by obraz rzeczywistości, jaki odmaluje się w twoim umyśle, oddał całość kuluarów kryjących za nimi.
– Uwielbiam, gdy zaczynasz gadać tak enigmatycznie – bąknęła z wyrzutem, szykując się na tyradę, która znów wypierze jej mózg.
– Przecież wiem – uśmiechnął się w głuchą ciemność. – Zatem, jak zakładam – nie pamiętasz, na jubileuszu sprzed niemal roku, kiedy zachęcałem moich drogich urzędników tumanów do kosztowania życia, gdyż doświadczenie przyjemności jest najwyższym celem egzystencji ludzkiej.
– Ha, pamiętam! – wpadła mu w słowo. – Nazwałam cię wtedy pieprzonym hedonistą.
Na moment zapadło milczenie. Z twarzy Chase’a uciekły wszelkie emocje.
– Dzięki.
– Proszę.
Bezceremonialnie potrąciła go policzkiem, szczerząc się półsennie.
– A więc kontynuując wątek, podsunąłem tym kanaliom bez, jak się okazuje, prawdziwie politycznego wyczucia dość wygodnicką teorię, którą oni przyjęli aplauzem. Dlaczego? Jeśli mam być szczery ku małej słabostce. Otóż lubię prowokować, podpuszczać ludzi, aby głosili to, czego na głos nigdy by nie przyznali. W tym konkretnym przypadku zmusiłem ich, by myśleli, że ulotna przyjemność, ta pierwotna moc popędów tworzy podłoże życia, pobudza jednostki do działania. Ale my, wojownicy, wiemy swoje – podkreślił ostatnie zdanie, świdrując Japonkę spojrzeniem.
– O-oczywiście – przytaknęła bez zaangażowania.
– Rozumiemy, że uwolnienie się od szkodliwych pragnień, osiągnięcie stanu równowagi duchowej, gwarantuje przyjemność najwyższą. Prostacy tego nie pojmą. Dla nich prawdziwą przyjemnością jest zaspokajanie popędów – tłumaczył cierpliwie.
Dziewczyna przekrzywiła głowę, ważąc litr po litrze zalewający ją strumień świadomości Chase’a.
– W porządku. Lubisz prowokować. Czy często ci się to zdarza? – Zmarszczyła groźnie brwi. – Choćby wobec mnie? I czym niby jest ta „przyjemność najwyższa”? I kiedy raczysz odpowiedzieć na moje pytanie?
Uniósł rękę, łagodnymi ruchami uspokajając smoka ognia.
– W swoim czasie. Na czym skończyłem? – udał, że się zastanawia. – Ach tak, przyjemność najwyższa… jest nią rzecz jasna szczęście. Człowiek osiąga szczęście poprzez zyskanie wiedzy o samym sobie. Jeżeli znasz siebie i potrafisz tak ukierunkować łódź swego żywota, płynącą po rzece wydarzeń, iluzji i namiętności, żeby ominęła wszelkie przeszkody i zawitała do bezpiecznej przystani – wygrywasz. Taki stan nazywa się dobrem.
– Dobro? – wysyczała w niedowierzaniu. – Słucham? Ty, książę ciemności, mówisz mi o dobru w taki sposób…?
– Przerwij mi znów, a przyrzekam, wyjdę stąd – zagroził, celując w nią palcem.
– Przepraszam… – skuliła się, rumieniąc lekko.
Ledwo pojmowała, co się wokół działo, a zadała pytanie o to, co sprawia, że zwraca się ku mężczyźnie, a w efekcie nie ma najmniejszej ochoty go zdradzać. Cóż za dziwna noc. Jeszcze przed pięcioma minutami kochali się dziko, a teraz zeszli na grunt filozoficznych rozterek.
– Dobrze, nim przejdziemy, dalej coś ci powiem, raz na zawsze ucinając twoje wątpliwości – oznajmił wzburzonym głosem. – Osądzasz moje postępowanie i moją moralność miarą Xiaolin, tak jakbyś uważała, że tylko ta miara jest tą jedyną, właściwą i słuszną.
– A jak Xiaolin mógłby oceniać cię inaczej? Żądny władzy, mordujący, pyszny, bez duszy! – wyliczała, przerażona nieoczekiwanym obrotem spraw, zmianą jego humoru. – A mimo to... – zawahała się z łamiącym głosem – mimo to…
Zatkał usta smoka ognia dłonią. Gniew prędko się z niego ulotnił.
– Wiem, co chcesz powiedzieć – zabrzmiał już zupełnie spokojnie. – Rozumiem, nasze czyny nie spływają po nas i innych ludziach jak gówno po ściankach kibla. Często także najbłahsze postępowanie, wypowiedziane słowo, napisana refleksja definiują nas w społeczeństwie, przypisują nam etykietki. Żeby żyć szczęśliwie, ludzie kierują się obyczajami, ustalonymi normami etycznymi, po prostu moralnością powstającymi wskutek światopoglądu, religii i ogólnie przyjętych zasad współżycia w społeczeństwie. Toteż punkt patrzenia na te same sprawy zmienia się wraz z szerokością geograficzną, a w przypadku moim wraz z nabytą wiedzą – przerwał, marszcząc brwi. Na jego twarzy położył się grymas bólu. – Moje zachowania nie są takie jak innych, a więc z automatu gorszą. Ludziom nie mieści się w czaszkach, że istnieją inne racje, inne prawdy. Przyjmują, że to, co oni uznają za słuszne, jest właściwe. Każde odchylenie od normy określa się jako złe, wypaczające, gwałcące moralność. Skąd zatem wiesz, że prawda Xiaolin nie jest zła, a my, Heylin, nie mamy w sobie więcej dobra niż ktokolwiek by przypuszczał? Teraz słuchaj uważnie, co powiem, to bardzo ważne, byś choć przybliżyła się do mnie lepiej i rozumiała bardziej.
Nie musiał powtarzać dwa razy; trybiki w umyśle Kimiko pracowały na najwyższych obrotach, podobnie zresztą jak żądne prawdy o nim i o samym sobie serce. Oczy Chase’a jarzyły się przygaszonym złotem. Zmęczenie, a równocześnie szczere pragnienie podzielenia się tą skrywaną dotychczas cząstką emanowało od niego, objawiając się w każdym mrugnięciu powiekami, wstrzymaniu oddechu, drżeniu ust. Zdawał się istotą realną, nie zaś marą, byle widziadłem, które opuści ją po zamknięciu uczu. Pogłaskała go po szyi, składając gorące pocałunki w miejscach, gdzie zdradzieckie palce ściskające co noc buteleczkę z trucizną zostawiły swój ohydny ślad.
– Ludzie ufają w systemy, które w przeszłości spełniły swą rolę, kiedy pomagały przetrwać w trudnych okolicznościach. Wiarygodne i spójne uzyskiwały miano dobrych, czyli prawidłowych. A to, co prawidłowe, determinuje dalej piękno, mądrość, miłość, a w konsekwencji szczęście. W ten sposób uzyskuje się harmonie. Co jednak, jeśli jakaś informacja, pochodząca z odmiennego lub niewiele się różniącego systemu wartości, nie pasuje do tego naszego? Powstaje chaos, dysonans, lęk. Obraz świata, w całości lub częściowo, zaczyna się chwiać, zostaje zagrożony. Człowiek ma więc do wyboru: przetransformować wyznawane poglądy, tak by powrócić do stanu homeostazy albo postarać się zignorować informację, która tak nim poruszyła. W zależności od stopnia intensywności tematu, którego dotyka czy wysiłku, do jakiego nakłania, bodziec zostaje potraktowany z różną gwałtownością. Zazwyczaj ludzie neguje go, lekceważą, uparcie trzymając się swojego obrazu świata, nawet wtedy gdy wartość przenoszonej informacji jest uzasadniona i prawdziwa. Wobec czego człowiek najczęściej nie przyjmuje informacji do wiadomości i na tym polega jego tragedia. Alkoholik nadal będzie pił na umór, nic sobie nie robiąc z przestróg otoczenia.
Skończył, a przynajmniej tak wydawało się Kimiko. Bombardowana bodźcami z jego strony miała wrażenie, iż rozpada się pod ich ciężarem.
– Chyba wiem, kogo masz na myśli – zaproponowała subtelnie.
Potarł dłonią czoło, nie komentując tego stwierdzenia. Nie musiał. Japonka nie chciała naciskać, wyłącznie trwać przy swoim ukochanym, starając się choć trochę objąć umysłem wszechświat jego myśli.
– Stąd tak ważne powinno być nieustanne dochodzenie do właściwej prawdy, porzucając myśl, że stopień poznania, który już osiągnęliśmy, jest tym właściwym i nie warto go pogłębiać. Nie zapominaj, Kimiko, że prawda jest jak lustro: odbija rzeczywistość. A obraz w tym lustrze ma oddawać stan rzeczywisty tego, co odbija.
– Twierdzisz więc, że na swój sposób jesteś dobry? – zaryzykowała, nim ugryzła się w język.
– W żadnym razie tak nie twierdzę – zaperzył się. – Uważam, że w ogóle nie ma złych ludzi, są tylko zagubieni, bo nie potrafią utrzymać łopaty, by kopać dostatecznie głęboko w poszukiwaniu prawdy. Coś podobnego sama kiedyś powiedziałaś, wtedy gdy pływaliśmy w basenie.
Uśmiechnęła się ciepło, składając pocałunek na jego ustach. Zapragnęła go niesamowicie. Takim, jakim był.
– Czy odpowiesz na moje pytanie? – prosiła pokornie, czując, jak rozpływa się pod dotykiem mięśni Chase’a.
– Do tego zmierzam – oświadczył głosem, z którego dało się wyłapać ulgę. – Skoro wiesz już, czym jest dobro, mogę ci powiedzieć, czym naprawdę jest miłość.
– Kutas i cipa? – podsunęła, uśmiechając się szerzej.
– No, dla przynajmniej dziewięćdziesięciu dziewięciu procent społeczeństwa owszem. I sądzę, że ta odpowiedź usatysfakcjonowałaby go niezmiernie, w końcu dla niego seks jest najwyższym dowodem i najpiękniejszym przymiotem miłości. Mówię ci to ja, człowiek, który przeleciał świat osiem razy. Różnica polegała na tym, że ja zdawałem sobie sprawę, że to nie miłość pcha mnie do łóżka, tylko pragnienie, czego tamte idiotki nie podejrzewały. Och, one były gotowe chuja mi urwać, bylebym z nimi został. Słuchaj, czy przeszkadza ci, gdy wspominam o swoich ex-dziewczynach?
– Nie, no skąd – odparła z nutką ironii.
– To świetnie. Więc zbliżając się do sedna: są trzy stopnie miłości. Oczywiście jak wspominałem, mają one wiele twarzy, ale zasadniczo da się je sklasyfikować według trzech kategorii. Pierwsza, najłatwiejsza do osiągnięcia i znudzenia się, to oczywiście erotyka zawierająca się w płodności. Drugi stopień to miłość do ducha, do poszukiwania piękna i swobody myśli. Najwyższym stopniem jest miłość do idei: idei dobra. Idea dobra wypycha człowieka poza cielesność, a może także poza myśl. Wraz z poznawaniem siebie samego oddala się on od swoich podniet i przekracza je. Wstępuje w wymiar wartości obiektywnych, a przez ich pryzmat rozumie drugiego człowieka i obserwuje go z miłością.
– Poczekaj. Zaprzeczasz sobie. Jeśli tak bardzo trzymasz się tezy, że miłością jest dobro, to dlaczego w ogóle uprawialiśmy seks?
– Właśnie dlatego, że nas nie zespoliła erotyka, a miłość do idei, wojowniczko. Jeszcze nie dostrzegasz różnicy? Nasz związek nie zależy od seksu, ponieważ jakimś cudem wyszedł poza ramy cielesności. Skierował się na ducha i rozum, nie ciało. Opiera się na idei, jaką posiadają ludzie uczciwi. Harmonijny i zgodny z wyznawanym systemem wartości – z wartościami wojowników, dla których najważniejsza jest dyscyplina, samokontrola, a przede wszystkim honor. Bzykamy się wskutek tego, że nie musimy. Prostacy bzykają się, bo czują taką potrzebę. W efekcie nasz seks przewyższa ich seks.
Mrugała oczyma chłonąc te nocne fantazje. Problem polegał na tym, iż ją nie można nazwać uczciwą, a przynajmniej do pewnego stopnia. Wówczas uświadomiła sobie coś tak oczywistego, że aż uderzyła się w policzek.
– Zatem… mnie też prowokowałeś? Przez cały ten czas, kiedy wmawiałeś, że kutas i cipa…!
– Zgadza się. – Przytaknął.
Wytrzeszczyła na niego oczy.
– Czy Wasza Wysokość oszalał?
– Absolutnie.
– Ale dlaczego wystawiłeś mnie na próbę? – naciskała, a jakaś część duszy, ta która podpowiedziała, że Chase w istocie życzy sobie, aby ktoś go utwierdził, że miłość prawdziwa głęboka istnieje, zatrzęsła się z satysfakcji.
– Chciałem cię wybadać, zobaczyć, jak z wybrniesz z sytuacji. Jakimi argumentami obronisz miłość.
– I obroniłam?
– Nie, bo wtedy podświadomie myślałaś jak dziewięćdziesiąt dziewięć procent społeczeństwa, ponieważ dałaś się sprowokować.
– Wcale tak nie myślałam! – Wymachiwała mu przed nosem palcami.
– Myślałaś, gdyż od tego czasu nie użyłaś żadnego sensownego argumentu.
– Powiedziałam, że prawdziwa miłość umie pokonać porywy zmysłów! – przypomniała sobie.
– Pokonać porywy zmysłów? Czyli chcesz mi powiedzieć, że matka kocha swoje dziecko, właśnie dlatego że umie pokonać porywy zmysłów i nie wychędoży je?
– Ale… to inna miłość – zrzedła jej mina.
Mimo zdenerwowania na Younga przyznała przed samą sobą: jego umiejętności aktorskie i zdolność przekazywania tez, w które sam nie wierzył, budziły podziw.
– Właśnie. Miłość do idei. Ideą jest chronić dziecko – wyłuszczył krótko.
– Więc widać jestem zbyt głupia, żeby cię zrozumieć. Nie miałam żadnego konkretnego argumentu…
– Nie miałaś. Ty do niego doszłaś. Zreflektowałaś się i nazwałaś rzecz po imieniu tak, jak potrafiłaś. Gdy przyszłaś do mojego gabinetu wykłócać się i zaakcentowałaś, że prawdziwa miłość nie potrzebuje dotyku, by zaistnieć, miałaś rację. Dołączyłaś do tego jednego procentu społeczeństwa, nielicznej grupy, która rozumie istotę miłości. Tylko ci ludzie umieją kochać, reszta nie. Reszta będzie się bronić przed tą uzasadnioną informacją i pozostanie przy kulcie cipy i kutasa. Niestety bardzo łatwo zapomnieć o tym, co się wyznaje, obcując na co dzień z prostakami. Ludzie nikczemni i niehonorowi uciekają od siebie samych, bo nie chcą się poznać, przyznać do błędu. Szukają towarzystwa ludzi czystych, by ich do siebie upodobnić, zarazić własnym brudem.
– Skąd mogę wiedzieć, że teraz mówisz prawdę? – upewniała się, doznając nagłej fali podniecenia.
„To mój facet, mój cesarz, najmądrzejszy i najlepszy…”
– Nie możesz. Możesz mi wyłącznie zaufać. Bo chyba miłość opiera się głównie na zaufaniu.
– Tak… zaufaniu – powtórzyła cicho.
Policzki rozgrzał rumieniec, ale na umysł opadła zasłona senności.
– Tak bardzo się dziwię – wyznała, gapiąc się na aksamitne marszczenia pachnącej pościeli. – Jak to możliwe, iż podzieliłeś się ze mną tak osobistymi wynurzeniami.
Ręka wojownika przeczesała długie włosy cesarzowej, rozlewające się po nich na wzór atramentu.
– Po prostu ci ufam. Mam nadzieję, zniszczyłem obraz iluzji rysowany wokół mnie pędzlami pokoleń xiaolińskich mnichów. Punkt patrzenia zależy od punktu siedzenia.
Powiedz mu, powiedz mu o buncie, teraz!
– Nie… – wymamrotała mimowolnie.
– Co nie?
Zgięła łokcie, by podnieść się na nich, wbijając w materac. Pasemka z grzywki przesłaniały jej twarz, a piersi zakołysały lekko.
– Nie… nie jestem pierwszą, której zaserwowałeś swoją filozofię.
Odchylił się, lustrując bajeczną nagość dziewczyny.
– Moja piękności, komu jeszcze miałbym zdradzić coś równie umniejszającego reputację okrutnego władcy? – zakpił, lecz bez jadu.
– A Eme? – zaczepiła, chwytając się imienia puszczalskiej lwicy jako deski ratunkowej przed zaciekle atakującym sumieniem. – Twojej tysiącletniej utrzymance?
Wypuścił powietrze z ust, demonstrując przesadnie dezaprobatę.
– Nie wspominaj o dziwkach w taką noc.
– Dlaczego nie? Tysiącletni związek to już poważny związek.
– Zależy, na jakich warunkach funkcjonuje – fuknął. – Ale w porządku. Wolisz psuć nam obojgu krew, zamiast się kochać, bardzo proszę: opowiem ci co nieco.
– Zamieniam się w słuch.
Zarys twarzy Chase’a przypominał obrys cienia, z którym kontrastowało nikłe światło trzech knotów. Przeczesywał staranie umysł, dobierał jak najlepsze słowa. Wreszcie westchnął dwa razy, objął Kimiko ramieniem i zaglądając głęboko w błękitne oczy, rozpoczął swoją historię utraconej miłości:
– Ponad tysiąc lat temu, podczas mojej pierwszej podróży po świecie poznałem piękną dziewczynę. Wydawało mi się, że czułem do niej to, co nazywa się miłością. Żwawa, lubiła jeździć konno i strzelać z łuku, o oczach jak liście wierzby, smukła, drobna, mimo że pochodziła z Dalekiego Zachodu. Ta biała małpka miała rubaszny humor, cechowała się prostotą w obyciu, ale chłonęła wiedzę jak gąbka. Oczarowała mnie tak mocno, że bez wahania zdecydowałem się jej podarować nieśmiertelność. Chciałem trzymać ją przy sobie, objąć i wierzyć, jak to mężczyźni uważają, że ten zaledwie gest uczyni ją moją. Niestety, choć ciałem była moja, jej duch wyrywał się do innych mężczyzn. Bardzo bowiem szybko nadeszło załamanie. Kiedy zdobywa się coś coś bez większego wysiłku, prędko przestaje to cieszyć. Wino straciło smak, pocałunki przestały cieszyć. Nigdy nie wróciliśmy do tego, co z początku nas połączyło: do czułości i wrażliwości. Żyliśmy w poczuciu, że czegoś nam brakuje. Żądaliśmy od siebie rozkoszy. Dopiero seks nas spajał. Uzależniliśmy się od niego, a z czasem nasze relacje opierały się jedynie na stosunkach. Codziennie, potem rano i wieczorem, nie przepuszczaliśmy żadnej okazji. Pakowałem się w nią, gdy tylko zostawaliśmy sami. Sądziliśmy, że w cielesności odnajdziemy szczęście. Lecz za każdym razem, kiedy podnosiłem jej szaty, czułem do siebie i do niej pogardę, litość. Nasze uśmiechy przyćmiewały wewnętrzną pustkę. Ona uciekła mi sercem do innych. Zdradziła mnie. Najpierw duszą, później ciałem. Odseparowałem więc ją od siebie.
– Ale mieszka tu z tobą, często ją bzykasz – zauważyła Kimiko, o dziwo wcale nie czując zazdrości.
– Tak, a wiesz czemu?
– No czemu?
– Bo jest kotkiem i tu mieszka. Oraz żeby odegnać nudę.
– Z Eme umiesz wykonać wszystkie pozycje w Kamasutrze? – wyzłośliwiła się.
– Też. Ale przede wszystkim z racji, że kiedy otwiera się przede mną jama jej brzucha pękającego od zgnilizny, staje się ona dla mnie inna, a przez to nowa i ciekawa. Bo widzisz, mechanizm działania mózgu ludzkiego jest bardzo prosty: doświadczając pierwszy raz jakiejś sytuacji, każdy twój zmysł skłania się ku odbieraniu jej. Gdy zaś ta sama sytuacja się powiela, nieważne jak intensywną i czego dotyczącą, twój umysł z czasem przestanie ją odbierać jako istotną, wkrada się znużenie, apatia, zobojętnienie. Znudziłem się Eme, ale kiedy pierwszy raz dowiedziałem się, że penetrował ją inny kutas, automatycznie stała się inna. Nie moja, zatem inna. Taka, którą muszę zdobyć. Dlatego okazyjnie z nią sypiam, by przeganiała nudę. Ona odbiera to tak jak ja. Nie kocha mnie naprawdę, bo jej się wydaje, że mnie kocha. Życzy sobie zaspokajnia, oto powód,dla którego zawsze do mnie wraca.
– Nie jesteś o nią ani trochę zazdrosny? – dociekała, mieląc w palcach kosmyki jego włosów.
– Jestem, a po zabawieniu się z nią, wyrzucam obłudę.
– Tkwicie w zgubnej pętli – podsumowała surowo. – Wydaj ją lepiej za mąż, na przykład za Jebaka.
Chase zaśmiał się śmiechem ograbionym z wesołości.
– Sądzisz, że ktokolwiek ją zechce za żonę? Taką wyjałowioną, złupioną? Przez jej szparę przedefilowało całe wojsko prostaków! Bałbym się nawet wysłać ją do klasztoru. Zamiast modlić się do Buddy czy innego Konfucjusza i prosić o wybaczenie grzechu zdrady, urządziłaby tam lumpar dla lezbijek.
Zmarszczyła czoło, przygryzając wargę.
– Skoro nie udało ci się z Eme, skąd pomysł, że uda się ze mną? – wymruczała niemal bezgłośnie. – Czego ode mnie wymagasz?
– Chciałbym tylko, żebyś była czymś prawdziwym i żywym. – Wzruszył ramiohnami, mimo iż zdawał się mówić poważnie. – Tchnieniem wiosny w moim świecie, abym mógł cię odkrywać taką, jaką jesteś, nic w tobie nie zmieniać ani do niczego już zmuszać. Pragnąłbym się oddać kobiecie, która by mi udowodniła, że nie potrzebuję niczego poza nią, na świecie zaś istnieje coś ważniejszego niż ja, coś o co warto walczyć. Taka kobieta broniłaby mnie przed nudą – wyznał, nie zrywając z nią kontaktu wzrokowego. Ucałował Kimiko, parę razy zamrugał i wrócił do swych wyjaśnień. – A jako że umysł Eme zatrzymał się na etapie, no ile ona miała lat, kiedy ją przemieniłem… siedemnaście, góra… jej uczucia nie mogły pozostać trwałe. Miłość do mnie trwała zaledwie dekadę, więc mimo tego, że zdobywała doświadczenie i mądrość, jak przystało na wieczną nastolatkę, uczucia jej charakteryzowały się brakiem stałości. Na pewno nie raz opowiadała ci, że kobiecie, która raz zasmakowała faceta, nie jest łatwo kłaść się do łóżka samej. Opowiadała też, że miłość istnieje, póki istnieje opór. Podświadomie opowiadała o sobie.
Usta Kimiko zadygotały. Nie potrafiła opanować wzruszenia. Trzęsła się z zimna, rozumiejąc, dlaczego Chase’owi jako władcy tak trudno okazywać miłosierdzie. Człowiek nigdy nie kochany nigdy nie będzie umiał kochać. Matka się go wyrzekła, Xiaolin nie spełnił oczekiwań, a pizdy, na które de facto marnował czas i energię, nie nauczyły go szacunku dla wartości do ludzkiej istoty. Postrzegał więc ich jak karaluchy, zdradliwe, owładnięte pożądliwością robactwo i tak też je traktował.
„Gdyby tylko buntownicy wiedzieli to, co ja wiem teraz!”
– Sam jesteś młody – powiedziała coś, byleby się nie rozpłakać. – Myślałam, że wywyższyłeś się ponad problemy śmiertelnych związane z upływem czasu.
Pokręcił głową, zaśmiewając się pod nosem.
– Tkwisz w błędzie. Nikt nie wyobraża sobie, co przechodzę. Nie pasuję do śmiertelnych i nikt nie żyje tak długo jak ja. A nawet jeśli, sądzisz, że z taką Wuyą mógłbym chcieć mieć coś wspólnego? Nikt mnie nie rozumie, w tym kobiety. A kiedy coś drgnie – zaczynają mnie rozumieć – są już sędziwymi staruszkami. Przekleństwo inności owocuje samotnością i niedopasowaniem do ogółu świata.
– Eme uczyniłeś kotkiem. Powinna być choć trochę taka jak ty – oponowała. – Musieliście upleść między sobą jakąś grubszą nić porozumienia.
– Tak, ale łaska nieśmiertelności spadła na nią w najgłupszym okresie życia człowieka. Materia jej umysłu, baza do zdobywania mądrości osiągalnej dotychczas dla bogów, nie wykształtowała się dostatecznie. Zapewne nie raz mogłaś się przekonać o gnuśności czy infantylności Eme.
– Taka jest cena pierwszych miłości – skwitowała.
– Wiem. Uczucia młodych bardzo szybko wygasają, tak jest zawsze i nie można próbować z tym walczyć. Mnie chęć wiązania się z Eme zaprowadziła do nudy. Nudziła mnie każda kobieta po niej.
– Taka jest cena młodości – dopowiedziała, nie dowierzając, iż ich związek jest inny.
– Dlatego młodość to najgorszy okres życia człowieka.
– Powiedział ten, który za nią goni – wytknęła mu hipokryzję.
– I do czego mnie ta młodość zaprowadziła? – spytał prosto w oczy. – Nie potrafię cieszyć się życiem. Perspektywa wieczności mnie przeraża. Często napadają mnie takie refleksje, w których dochodzę do wniosku, że ludzie powinni umierać, by odcinać się od cierpień życia ziemskiego. Upływ czasu to jedyna z tych rzeczy, których należy się spodziewać i która nigdy nie ulegnie zmianie. A ci próbujący przechytrzyć naturalne porządki rzeczy, skazują się na cierpienie.
Objęła go mocno ramionami, jakby pragnęła obronić go przed nękającym go od wieków pesymizmem. Siedząc okrakiem na jego podbrzuszu, porwały ją fantazje o nieśmiertelnych wojownikach wzlatujących do Nieba na grzbietach białych żurawi, dostępując chwały odpoczynku w chmurach, gdzie na styrane przebywaniem na Ziemi dusze spływała spokojna radość. Moralność Chase’a celowała w fundamenty struktur wartości ludzi ulegającym pokusom. To oni są źli, Young dobry. Czemu Xiaolin wieszał na wojowniku psy, zapisując na sztywnych pergaminach gęsto zbitymi ideogramami niepochlebne treści? Ponieważ jego moralność kolidowała z moralnością mnichów?
– Proszę, nie mów tak. Jako władca musisz istnieć, być silny – zaszlochała, wzmacniając uścisk.
– Wiesz, czego się boję? – kontynuował, ignorując zabiegi Kimiko. – Że zaprzepaściłem swoje życie. Śmieszne, odszedłem z klasztoru i wybrałem Heylin, by zdobyć świat i moc. Zdobyłem i nie czuję się przez to lepszy. Inni widzą mnie tak, jak ty widziałaś mnie jeszcze rok temu: sądzą, że nic mnie nie wzrusza, że nie posiadam uczuć. Powiedz, wzbudzam twoją litość, pogardę? Skazałaś się na życie z bardzo pokaleczonym człowiekiem, skrywającym się za grubą maską.
Łzy w oczach Kimiko lśniły.
– I tak cię kocham – wyszeptała. – Dla ciebie samego.
– Jakie masz powody, by kochać kogoś takiego?
– Nie mam powodu. To stało się i już. Nie umiem tego zdusić, choć powinnam. Kochałam cię, zanim pokazałeś mi swoją duszę. Czuję, że teraz kocham cię mocniej. Takim, jakim jesteś. Chcę wycałować każdą z twoich ran.
Ujęła jego dłonie, zjeżdżając nimi powoli wzdłuż swego ciała, dopóki nie opadły one na kości biodrowe. Przymknęła powieki. Łaknącymi dotyku palcami, niczym niewidoma, przygnęła do elementów składających się na fizjonomię Chase’a, pielęgnując w sercu pragnienie zapmiętania go w najdrobniejszych szczegółach. Badała długo tak pięknie skrojone usta napuchnięte od wilgotnych, namiętnych pocałunków. Trąciła za nos, muskała nimi oczy i brwi, zahaczała o uszy, uśmiechając się, kiedy potarła o ich spiczaste zakończenia. Wreszcie zanurzyła koniuszki palców w gęstwinie długich włosów, zahipnotyzowana ich miękkością. Zsunęła dłonie z szyi na obojczyki Jego Wysokości, wyobrażając sobie, że wszędzie, gdzie styknie się z jego skórą, powstaną niewidzialne ścieżki; zawiłe jak oni sami, poplątane jak ich związek. Ślady te wędrowały meandrycznie przez kotliny biegnące między jego mięśniami, przecinały je, okrążały, dopóki nie zwróciły się legowiska śpiącego smoka.
„Oto ty, mój cesarzu…”
Otworzyła oczy, zrównując się spojrzeniem Chase’a – pionowe źrenice drgały na złotych punktach tęczówek. Ucałowała go w policzek, gładząc zawzięcie trzonek penisa, który reagował dość leniwie na przyjemne bodźce. Japonka z kolei już czuła pulsowanie w pochwie, domyślając się, że zaraz wzrastający wzwód Younga zroszą obfite soki. Wciąż siedząc mu na kolanach, rozszerzyła uda jak do szpagatu, zaplatając je sobie pod pupą. Wyeksponowane wargi sromowe rozlśniły się niemal wulgarnie. Spotkawszy się oboje na równych prawach, pieścili sobie nawzajem okolice intymne, śliniąc, ssąc i podgryzając tam, gdzie sięgały ich języki usta i zęby obsługiwane rozochoconą wyobraźnią.
– Wiesz co? – odezwała się, przerywając szarpanie za płatki jego uszu. – To nie moja cipa chce pożreć twojego kutasa, to moja dusza pragnie znaleźć się jak najbliżej twojej.
– A co, jeśli moja dusza błąka się jednak po bezdrożach podziemi?
– E, głupstwa gadasz – mówiąc to, przechyliła się w tył, poruszyła biodrami i ze skromnym udziałem Chase’a nadziała się na wystającego drąga z czymś jakby okiem na czubku, obwieszczając to światu przeciągłym westchnieniem.
Przywarli do siebie ciasno, pracując jednocześnie raz za razem, dopasowując się w ruchach. To stykali się miednicami, to znów oddalali. Melodia nieokiełznanego pocierania i plaskania towarzyszyła mi, nakręcając mocniej. Skórę na ich nogach, pośladkach, ramionach znaczyły zaczerwienione odciski palców; taniec zmysłów kazał im spenetrować i zmiażdżyć ciało kochanka. Wiązali się miłosnymi sznurami, nie dopuszczając do tego, żeby partner choć na sekundę wyślizgnął się z objęć. Niegdyś wybebeszona świadomość seksualna Kimiko scementowała się na nowo, doznając oczyszczenia jak po ablucji w błogosławionych wodach rzeki Huang He, pozwalając się cieszyć z aktu bez winy, frustracji czy zagubienia. Prądy rozchodzące się wzdłuż niej zdawały się potwierdzać w jej świadomości, iż osiągnęła wyższy stopień erotycznej dojrzałości, albowiem wedle nauk Chase’a nie wolno poprzestać w poszukiwaniu stopnia najwyższego, wiedzy o samym sobie. Dusza wyrywała się nadal, by wyrwać z ram cielesności, służyć bliźniemu w najczystszej formie. Służyć Chase’owi i tylko jemu. Miłość do idei wzniosła ją ponad samą siebie, zrodziła rozkosz karmiącą duszę, spływającą dalej na niższe poziomy: miłości do piękna i myśli, a w końcu miłości do ciała. Uciekała na sam szczyt, wraz z ukochanym, jednak z ciekawości spojrzała w dół na zespolone, obrzmiałe i zaróżowione, lepkie od potu i śluzu organy; ot zwykłe narzędzia, pochwę i członka całujących się z pasją, miłujących, oddanych swojej własnej prostej idei. Widok ten podniecił Japonkę olbrzymie, a orgazm przeszywający całym jej istnieniem porównywalnym do uderzenia błyskawicy niemal ją unicestwił. Wytrzeszczyła oczy na Chase’a, ten – dostrzegłszy skurcz zmiękczający twarz cesarzowej – przyśpieszył, by przybyć na szczyt wraz z nią. Pozwolił odchylić się Kimiko, żeby opadła na powoli wzdłuż jego ud. Głowa kobiety spoczęła na materacu, a plecy wygięły, prezentując urodę rozpalonego łona, błyszczącego brzucha, jędrnych wzgórków zakończonych wyprężonymi sutkami. Leżała przed cesarzem otwarta i piękna w swym zmęczeniu, jako wiosenny kwiat porywami burzy przyciśnięty do gleby, który przecież podniesie się, skoro nastanie świt, ogrzany pierwszymi promieniami słońca. Chase ścisnął piersi wybranki, zbierając pokłosie swych czynów. Pochylił się, jakby składał pokłon do samej ziemi, pokrywając ciało Kimiko. Pocałunkami i liżnięciami wyrażał wdzięczność za to, że przegoniła od niego nudę, ona zaś zaplotła nad nim nogi, zamykając go w kołysce, biorąc ten czyn jako zobowiązanie, iż nigdy go nie opuści. Na jej ustach rozlał się szeroki uśmiech, w tej bowiem chwili cesarz trysnął w nią rwącym potokiem, opróżniając kufer łask tej nocy przewidzianych dla cesarzowej. Rytuałowi deszczu i chmur stało się zadość. Chase odkleił się od Kimiko, a ona z ciekawości wpełzła ręką ku swemu wnętrzu, ślizgając kciukiem po rozlanej spermie wymieszanej ze śluzem. Zaszklonymi oczyma wpatrywała się w ukochanego przeciągającego się wygodnie na poduszkach.
– Jutro trzeci dzień koronacji, musisz odpocząć – wyszeptał na dobranoc.
Przytaknęła, wkładając ręce pod głowę. Zamknęła powieki, udając, że zasypia. Wprawdzie sen dawał się dziewczynie we znaki, wzmocniony potęgą zastrzyku miłości, niemniej część umysłu nie potrafiłaby zmrużyć oczu. Wsłuchiwała się w cichy świst nas sobą. Regulujący się, monotonny, spokojny. Zwęziła usta w prostą linię.
„A zatem, Kimiko, wybiła godzina…”
Do obowiązku Japonki przy tym etapie misji należało upewnić się, czy ofiara zasnęłą na tyle mocno, by bezpiecznie wyjąć skrytą truciznę.
Mimo to gwizdała na buntowników, jak i na całą ich rebelię.
„Wy posrani zdrajcy, to wy jesteście źli!”, krzyczała w duchu.
Dopiero teraz obraz rzeczywistości stał się wyraźniejszy, wzbogacony o arcyważne elementy. A przyjaciele? Nie miała przyjaciół. Nie znała przecież tych ludzi, także Claya i Raimunda, byli w gruncie rzeczy obcy, a więc odlegli. Nie kierowali się wspólnymi interesami, nie wyznawali tych samych wartości. Już nie. Bo ona przejrzała na oczy. A tamci pozostawali ślepi, obłudnie i zdradliwi. Bez honoru, bez miłości, bez szans. Uwierzyła, iż to strona Chase’a, jej cesarza, a wręcz męża…
„Tak! Męża! Mojego kurwa męża!”
...jest tą prawidłową. Dzierżąc łopatę swego przeznaczenia, dokopała się do prawdy. Trzymając żagle losu, dopłynęła do bezpiecznej przystani. Świat zdawał się ograbiony z sekretów, zdolny do objęcia go umysłem, naturalny i prosty wraz z każdym mechanizmem regulującym obieg jego trwania.
„Władza nie pokrywa się ze złem. Władza tępi zło przejawiające się w nieposłuszeńśtwie, lekkomyślności, zdradzie i załamaniu moralności. Władza to moje wiano. Chase podzielił się ze mną władzą, bym władała wraz z nim i chroniła go od nudy. Moje obowiązki sprowadzają się do kierowania pałacem, lecz głównie do ustawicznego poszerzania wiedzy o samej sobie oraz wiedzy o cesarzu, żebyśmy nigdy nie stracili na siebie apetytu. Dlatego mną się nie znudzi, bo łączy nas miłość, idea, dyscyplina, piękno, zainteresowania, wartości, światopogląd i myśl. Nie porzuci mnie, między innymi dlatego, że my nie musimy się pieprzyć, aby ratować przed nudą. My moglibyśmy się bez seksu obejść, w trosce o siebie przypominając sobie nawzajem codziennie nasze wartości, naszą idę wojowników. Pierdolona Eme, ta pusta szmata, popędliwa, rozpustna i pękająca od zgnilizny, rozpasania. Niech umrze, tak jak każda inna po niej. Te, które go skrzywdziły swoim brudem i złem. I wy, buntownicy, gińcie! Za zdradę! I za mieszanie w głowie mi, cesarzowej Heylin!”
Łzy gniewu spływały na pościel, kiedy bez najmniejszego strachu o to, czy obudzi Jego Wysokość, wygrzebywała mieniącą się tęczowymi odblaskami buteleczkę. Esencję mroźnego zła upozorowaną pięknem zebranym w szkle.
„Ciemność też może błyszczeć… Powinnam już dawno się przyznać”, słowa skruchy rozdzierały serce, gdy tak leżąc na brzuchu, ważyła w dłoniach narzędzie zbrodni. „Ty okazałeś mi wyrozumiałość, życzliwość i cierpliwość. Pomogłeś mi dojrzeć. A ja chciałam cię skrzywdzić, bo sądziłam, że tym cię wyzwolę. Od cierpienia samotności i inności!”
Pociągała nosem, łzy zatarły obraz świata. Trzy knoty wciąż się paliły, dzięki czemu światło buteleczki nie raziło zbyt intensywnie.
„Nie wziąłeś mnie wtedy jako niewolnicy czy byle konkubiny, lecz dopiero jako cesarzową. Zrównałeś nas w prawach, zmniejszyłeś dysproporcje między nami. Poznałam zaledwie okruch tego, jaki jesteś, ale przecież i tak dopuściłeś mnie do siebie bliżej niż kogokolwiek innego, także Eme.”
Trzęsła się, nie hamując łez wyciekających z niej. Miłość do Chase’a i nienawiść do świata ścierały się we wnętrzu wojowniczki. Przeszłość opadła na dno rzeki, wygładzana prądami erozji. Wydarzenia zmalały do rozmiarów bakterii. Obrazy stępiły się, aż stały się przypadkowe, bez znaczenia.
– Nigdy go nie skrzywdzę…! – poduszka przyciśnięta do ust przytłumiła głos Kimiko.
Na dole mogło dziać się wszystko. Skoro wszak Chase nie został obudzony telepatycznymi odgłosami, poczytywała to jako zły znak. Albo buntownicy szykowali się do wyjścia z podziemi, albo przesunęli datę ataku.
„Albo… otruli wino kotków.” – Kto pilnuje pałacu, skoro oni są tu? – wyszeptała Youngowi dyskretnie do ucha.
– Kotki, które w tym miesiącu zachowywały się niegodnie, lecz także im przysługuje prawo wzniesienia toastu na naszą cześć.
– Cóż za łaskawość z twej strony – skomentowała, odruchowo sięgając palcami między piersiami.
„Diana… ona miała sposobność dolać im czegoś!”
Rękę z fiolką skryła pod poduszkę, a drugą złapała się za serce. Zbladła na twarzy; nowe krople potu wstąpiły dziewczynie na czoło.
„Nikt nas nie ochroni”, panikowała. „Zaprzepaściłam wszystko!”
– Kimiko.
Znieruchomiała. Policzyła do pięciu i głośno wypuściła powietrze z ust.
– Słucham, Wasza Wysokość? – wychrypiała.
Nie widział twarzy Japonki przez zasłonę z długich włosów. Nie widział również butelki, bo ta spoczywała bezpiecznie w ręce skryta pod poduszką. Mógł wyłącznie słyszeć głos i oddech smoka, aby zobaczyć, jak bardzo się boi.
– Idź spać.
Żal zakuł ją między żebrami. Zastawiała się, jak to możliwe, iż najdroższy nie dostrzegł, w jakim stanie znajduje się jego bratnia dusza.
„Bronić cesarza za cenę życia!”
– Muszę… czuwać nad tobą.
Jego dłoń opadła na jej głowę, przyciskając ją do posłania.
– To ja czuwam nad tobą – odparł sennie, z nutką dobitności w głosie.
„Lepiej mu powiem!”
Zwinęła rękę z trzymaną trucizną tak, że aż paznokcie boleśnie wbiły się w nią.
– Chase, powinnam ci coś wyznać…
Nie patrzyła mu w oczy, gdyż lęk wziął ją w całkowite posiadanie. Marzyła zaś wyłącznie o śnie. O ułożeniu się w ramionach człowieka, który w jedną noc przekonał ją do siebie zupełnie. W bezpiecznym stanie nieświadomości wyruszyłaby ku krainie wiecznej wiosny, gdzie nozdrza drażniłaby woń rozkwitających wiśni. Wiatr kołysałby rozwijającymi się pączkami, a ona frunęłaby w powietrzu między koronami drzew niczym duchy Tennyo i rozsiewała różowe płatki, falując szarfami okręcającymi się wkoło jej jaśniejących nadgarstków. Zajęta pracą małego japońskiego duszka nie zwróciłaby uwagi na wzbijające się ku Niebu żurawie. Na jednym z nich siedziałby dumnie mody wojownik obleczony granatowo-czarnym hanfu, w jednej dłoni dzierżyłby guan dao, którym dla zabawy rozcinałby roziskrzone złotem chmury, w drugiej z kolei miseczkę ze smoczym eliksirem. Nieśmiertelny zawołałby do nimfy zajętej swawolnymi harcami:
– Powinnaś!
Tennyo zwróciłaby twarz ku stadu białych żurawi wzlatujących w stronę popołudniowego słońca, krzycząc, aby zaczekały i zabrały do Nieba wraz ze sobą. Ale ona należałaby do świata Ziemi, nie Nieba. Do świata słabości, pokus i figli. Zakuta w kajdany, które sama sobie nałożyła. Dlatego nie mogłaby złączyć się z nieśmiertelnym księciem wzlatującym na żurawiu trzepoczącym skrzydłami. Nie sięgnęłaby Nieba, choćby stanęła na wierzchołku najwyższego drzewa, zarzuciła na chmury najdłuższą linię, przystawiła najwyższą drabinę. Książę o złotych oczach znikłby jako mara. Z napęczniałych chmur spadłby ciepły deszcz, a ona stałaby na łagodnym, lesistym wzgórzu, na ziemi nasiąkającej gleby, brodząc nagimi stopami w błocie. Gleba parowałaby zieloną świeżością, różowe płatki ścieliłyby się wilgotnym dywanem połyskującym w przedzierających się przez dziury w szarawym płaszczu świetle. Głupia wróżka czekałaby na zbawienie, które nie nadeszłoby nigdy. Zbawienie zwiastowane żurawiami przecinającymi niebo. Gapiłaby się w wrota Nieba, na zawsze zwarte dla tych, którzy staliby zbyt ciężko na ziemi, zamiast wypatrywać szansy i czuwać, rozglądając się za białymi żurawiami, wysłannikami Niebios. W uszach brzmiałoby jak echo:
– Powinnaś, powinnaś, powinnaś…!



I Chamikowego Nowego Roku!

15 komentarzy:

  1. Mówiłam już, że w chuj szkoda mi Chase'a? Jest naprawdę powalająco zrobiony w tym opku. Tak uważam. Normalnie za taką kreacje powinni dawac Oskary. I ta historia z Eme mnie urzekła. A to, co dzieje sie w poddziemiach czy bunt już ruszył, trzyma mnie w napięciu.
    Co do reszty wiesz jakie mam zdanie chyba. ;q
    Życzenia, mam nadzieje, bedziemy sobie jeszcze składać prywatnie, więc nie składam jeszcze.
    Weny!

    OdpowiedzUsuń
  2. W końcu się stało. Tak długo wyczekiwane zbliżenie Chase i Kimi przez wszystkich. I jestem zszokowana.
    Zszokowana Chasem. Że jest w stanie kochać jak człowiek. Właściwie jest jak człowiek. I zrobiło mi się tak kurwa żal, że nie jestem w stanie skleić nic mądrego. :o No kurde, i co dalej? Na pewno go otruje. To będzie istny dramat. Już wiem co będę czuć czystając następny rozdział. xD
    Scena z kotkami i Chasem była rozczulająca i urocza. Jezu, jak ty go w tym rozdziale uczłowieczyłaś :o
    I jak mogłaś obciąć jajka dla biednego Jacka? XDDDDDD No potwór! I miałam taką rozkminę, że gdyby Chase miał do wyboru: jajka czy łeb, pewnie wolał by stracić łeb xD
    Pozdrawiam! Skoro po świętach, to pożyczę Szczęśliwego Nowego Roku! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. https://www.youtube.com/watch?v=1VYJ3UQCmtM Może to nie chiński teledysk, ale pasuje mi do rozdziału ;p
    Vicky

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No troszkę słabe. Seksów Made in China nic nie przebije.

      Kliku-Klik Bardzo +18 xD

      Usuń
  4. Witam. Znowu ja. Jak już komentować to do końca :).
    Świetna rozmowa Kimiko i Chase'a. Ten moment gdy nagle dziewczyna kompletnie zmienia pogląd i chce mu wszystko wyjawić był jednak troszkę dla mnie nieprzewidywalny. Myślałam, że do końca poprowadzisz akcję z Kimiko-buntowniczką. Spodziewałam się też, że Chase w każdej chwili wyjawi, że wszystko wie. Nie jest mi go żal, a wręcz przeciwnie. Należałoby go w końcu obalić. Jasne okazuje się, że facet ma uczucia, jednak nie przeszkadza mu to w zabijaniu i kastrowaniu (biedny Jack-tak, był idiotą, ale nie zasłużył). Tak w ogóle to mam wrażenie, że Kimiko zaczyna odbijać. Wspominała coś o pomszczeniu Hisoki, a teraz nagle wszyscy są dla niej wrogami, a dziewczynki Chase'a sukami. Kobieta zmienną jest. Idealnie dobrałaś cytat o ciemnej naturze do tego bloga. Pora na wysłanie dyktatora w zaświaty. Trzymam kciuki za buntowników.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam. Znowu ja. Jak już komentować to do końca :).
    Świetna rozmowa Kimiko i Chase'a. Ten moment gdy nagle dziewczyna kompletnie zmienia pogląd i chce mu wszystko wyjawić był jednak troszkę dla mnie nieprzewidywalny. Myślałam, że do końca poprowadzisz akcję z Kimiko-buntowniczką. Spodziewałam się też, że Chase w każdej chwili wyjawi, że wszystko wie. Nie jest mi go żal, a wręcz przeciwnie. Należałoby go w końcu obalić. Jasne okazuje się, że facet ma uczucia, jednak nie przeszkadza mu to w zabijaniu i kastrowaniu (biedny Jack-tak, był idiotą, ale nie zasłużył). Tak w ogóle to mam wrażenie, że Kimiko zaczyna odbijać. Wspominała coś o pomszczeniu Hisoki, a teraz nagle wszyscy są dla niej wrogami, a dziewczynki Chase'a sukami. Kobieta zmienną jest. Idealnie dobrałaś cytat o ciemnej naturze do tego bloga. Pora na wysłanie dyktatora w zaświaty. Trzymam kciuki za buntowników.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam nadzieję, że to nie skończy się typu: "Zdradziłaś mnie, nienawidzę Cię, spadaj na szafot". :/
    Liczę na zupełnie inne zakończenie. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Szkoda, że tak po bożemu się zadziało. Wolałam Chase'a kiedy nie chciał mieć dzieci. Wolałam też myśleć, że jeśli dojdzie do seksów to będą choćby pod kolumną. A tak mamy po bożemu, po ślubie i w intencji robienia dzieci. Nie pasuje mi ten chrześcijanizm na chińskiej ziemi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fu, ohyda, jaki ślub? Jakie po bożemu i dla bachorków? ;o

      Chase nie dzieli się sobą, tylko władzą. Kimiko może pod wpływem emocji nazywać go mężem, ale on nim dla niej nigdy nie będzie. xD Ta władza znaczy bardziej tyle co zabezpieczenie. A z bachorkami się jeszcze wyjaśni *zaciera rączęta* Luzik, żadnych podtekstów religijnych w opku. 😂

      I tak na marginesie, nawet Chińczycy mają jakaś moralność, no nie można żyć tylko z seksów pod kolumną. xD Tym bardziej, że Chase stykał się z różnymi kulturami i systemami i na bank je ze sobą weryfikował. :D + ciekawostka, która wcale ciekawa nie jest, teorie miłości Chase'a zbliżyłam do poglądów Arystotelesa i Platona.xD

      Usuń
  8. To się porobiło. Chociaż czułam, że Kimiko zmieni zdanie pod koniec, gdyż będziesz chciała nas zaskoczyć, przeżywałam do samego końca. Szkoda tylko, że nie powiedziała mu jednak w porę o tym buncie. Martwię się, że wszystko jest już stracone i po tej zdradzie nie ma już dla nich przyszłości... Uh. Ale może się mylę. ;) Wszystko zależy od tego, co teraz się wydarz. Przyznam, że historia z Eme była dobra i mnie uspokoiła, bo na pewno wiesz, że nie mogłam jej znieść.
    Współczuję Jackowi, którego wykastrowano. Zawsze postrzegałam go jako taką niewinną postać, zagubioną i głupiutka, ale jednak niewinną. Chase odznaczył się okrucieństwem, ale on jakby nie patrzeć już tak ma. Musi być "Evil". ;) Nieważne jaki by nie był, po tej urzekającej historii jego, przez to, że jest tak źle oceniany przez świat, doszłam do wniosku, że on jednak po prostu szuka szczęścia. Będę płakać jeśli coś mu się stanie w następnym rozdziale. :(
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Słabe to było. Taki zapowiadany rozdział i najważniejsza scena erotyczna napisana pół żartem, komediowo, zero powagi. A Kimiko zamiast zachowywać się jak dziewica odwalała odważne infantylne zagrywki w stylu Eme.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są cztery typy postaw erotycznych: agresywna, uległa, opiekuńcza i infantylna, sooo... :3

      I nie zapomnij, że Kimiko nie była dziewicą w 100% tego znaczenia. Właśnie głupio by było, gdyby po tych wszystkich palcówkach, minetach i lodach nagle zaczęła trzęść udami i zgrywać niewiniątko jak te średniowieczne damy ;D

      Usuń
  10. Czy nie lepiej byłoby żeby zamiast tego dziwnego powstrzymywania się przed orgazmem Czejsi zalał ją kilkukrotnie? :p Namaszczyłby ją fajnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chase miał orgazmy, nie miał wytrysku. xD W Wu Zetian pisałam (wiem , dawno temu), że można posiąść taką jakże pożądaną umiejętność. Jest ona związana z jakimiś taoistycznymi technikami czy innym pogaństwem, że nie tracąc nasienia (dla wtajemniczonych - męskich sił witalnych/męskiego pierwiastka) można sobie na luzie współżyć wielokrotnie, co by wszystkie żony w haremie zaspokoić. Ile w tym prawdy - nie wnikam, ale literacko pomysł fajny! :D I ten, Chase pozwolił sobie tylko na 4 razy, bo jednak potem trzeba było iść... do pracy. C:
      Wgl to komcialibyście nowy rozdział, a nie z opóźnieniem seksy. :p

      ~Raylie

      Usuń

Obserwatorzy

Prawa autorskie

Wszelkie zamieszczone na stronie teksty stanowią wyłączną własność ich autorki – Raylie. Kopiowanie, zmienianie i rozpowszechnianie tekstów w innych celach niż użytek własny jest zabronione i podlega karze zgodnie z: Dz. U. Nr 24, poz 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych.